|
No to udalo mi sie wklepac dwa dni z pamietnika - z samego poczatku Mauretanii. A tych, ktorzy znaja angielski zapraszam wkrotce na angielska wersje strony, gdzie umiescimy relacje Kati. Jesli ktos jeszcze nie widzial - to jest kilka nowych albumow, z tej przejazdzki pociagiem i z rajdem Paryz Dakar. A w czoraj spotkalysmy tu Nuakachot kolejna samotnie podrozujaca stopem przez ten kawalek swiata dziewczyne, Rebeke. Wiec mamy male afrykanskie sptkanko autostopowiczek. I pojedziemy pewnie przez chwile razem. Z Rebeka na pustynie polnocnej Mauretani... ------------------- 4 styczen 2006 No to drugi dzien prowadze bialego vana przez Sahare Zachodnia. Tu nie ma juz zadnych wiosek, czasem tylko odbija od glownej, jedynej asfaltowej drogi jakas wyjezdzona w piasku drozka i niknie w oddali prowadzac nie wiadomo dokad. Do granicy kolejnych pareset kilometrow, ale droga jest w miare dobra, prawie pusta, krajobrazy te same, ale wciaz fascynujace. Nie szaleje z predkoscia, a sune vanikiem spokojnie, rowne 110 km na godzine. Wczesnym popoludniem, szybciej niz sie spodziewalism, docieramy do marokanskiego punktu granicznego. Pare budynkow i pustynna baza wojskowa. W kilku oddzielnych pokoikach nalezy dopelnic roznych formalnosci. W drugim pokoiku jednak urzednik pokazuje na kartke obwieszczajaca, ze od 13:00 do 14:30 jest przerwa. - Na posilek. I modlitwe. - wyjasnia. Argument, ze jest wlasnie za piec pierwsza na niewiele sie zdaje, bo wszyscy juz i tak poszli jesc i sie modlic. Majac poltorej godziny czekania przed soba, mowimy Abdulajowi, ze idziemy sie przejsc po okolicy. Moze do tej sporej wydmy w oddali po prawej stronie drogi. Nie wiemy jak to daleko, ale wedrujemy w strone kuszaco bialego piasku. Nie odchodzimy jednak zbyt daleko, zanim slyszymy nawolywanie za nami jednego z patrolujacych okolice zolnierzy. - Udajmy, ze go nie slyszymy. Pewnie i tak nie ma nam niczego dobrego do powiedzenia. - mowi Kati, wiec wedrujemy dalej przed siebie nie ogladajac sie w jego strone. Zolnierz jednak nie rezygnuje. Dogania nas. I rzeczywiscie - nie ma nam nic dobrego do powiedzenia: - Czy wiecie, ze ryzykujecie w tym momencie zycie? - pyta po francusku. - Jak to? - Ten rejon pelen jest min. Bo to rejon spornych terenow i konfliktow pomiedzy Marokiem, Mauretania i partyzanckim ugrupowaniem Polisario walczacym o niepodleglosc Zachodniej Sahary. - Czesto eksploduje tu jakas mina? - pytamy. - A... raz na jakis czas. Czasem wpadnie na nia jakies zwierze, zblakany wielblad, albo samochod. Nie protestujac podazamy z zolnierzem do piaszczystej drozki, gdzie zabieramy sie z przejezdzajacym wojskowym autem z powrotem do budynkow kontroli paszportowej. Tam przysiadamy pod sciana w cieniu z Abdulajem i przekaszajac marokanskie daktyle czekamy wraz z kilkoma innymi pojazdami na koniec przerwy. W koncu, dopelniwszy formalnosci ruszamy dalej - nie wiemy jak daleko, w strone mauretanskiego punktu granicznego. Tutaj nagly szok - bo koniec asfaltu. I zeby to chociaz prowadzila jedna prosta droga - a tu piaszczyste rozdroza rozdzielaja sie na wiele odnog. Probuje przyspieszyc przez piaski i dogonic kampingowe auto niemieckich turystow, ktore przejechalo wczesniej. Moze oni znaja droge... Mijamy malo pocieszajace widoki porzuconych wzlok zardzewialych aut porozrzucanych po okolicy. Miejmy nadzieje, ze my tak nie skonczymy. Oddychamy wszyscy z ulga, kiedy okazuje sie, ze po paru kilometrach prawdziwych pystynnych bezdrozy docieramy do niewielkiej szopki bedacej punktem paszportowo celnym Islamskiej Republiki Mauretani. Czarny urzednik zbiera paszporty od wszystkich przybylych tu kilku aut, po czym wola kolejno do srodka. Kiedy wchodzimy z Abdulajem, urzednik, zwracajac sie do niego i patrzac na mnie i Kati, pyta: - Poligamista? A nam mowi, ze mozemy poczekac w vanie. Czekajac jak przystalo na potulne zony, zastanawiamy sie z Kati co zrobic. Abdulaj zaprasza na przejazdzke prosto do Mali. I tak musialybysmy zalatwic wizy w Nuakachot, ale bedzie tamtedy przejezdzal. Ale nie jestesmy pewne, czy tego chcemy. Bo jest pare rzeczy, ktore chcialybysmy w Mauretani. Z Nuakachot jedzie do Ataru najdluzszy pociag swiata. Pusty towarowy pociag, ktorym mozna podobno za darmo sie przejechac. A przez Atar za jakies dwa dni akurat ma przejezdzac rajd Paryz-Dakar, z ktorym tez byloby fajnie zlapac choc przez chwile stopa. Z drugiej strony - lubie podazac po prostu za tym co sie wydarza. A teraz zdarzyl sie stop z Abdulajem - prosto do Mali. I co teraz? Rzucmy moneta. Rzuca Kati - Mali. - Rzuc jeszcze ty - dla pwenosci. - mowi. Rzucam. Mauratania - pociag. No i znowu nie wiemy. A tu formalnosci zalatwione. Jeden z umundurowanych urzednikow staje z megafonem nieopodal na piasku i po chwili rozlega sie po pustyni gromkie zawodzace: 'Allah Akbar' - nawolywanie na modlitwe. Wsiadamy do vana i prowadze parenascie kilometrow do rozdroza. Do rozdroza gdzie droga rozwidla sie w lewo na Nuakachot i w prawo na Nuadibou - jesli chcemy tu zostac. No i na tym rozwidleniu zwalniam, zatrzymuje sie i - jednak wysiadamy. Abdujal zaluje, bo wygodnie mu bylo drzemac kiedy ja prowadzilam, ale rozumie. Moze spotkamy sie w Bamako w Mali. Mamy z Kati jakas dobra autostopowa karme, bo wychodzac na nasza droge zatrzymuje nam sie pierwszy przejezdzajacy samochod. A kiedy wysiadamy w miescie, zaopiekowuje sie nami natychmiast chlopak, ktorego spotkalysmy wczesniej przy szopie granicznej. Kolejny Mohamed. Prowadzi nas na kamping - hotelik (Hotel & Camping Maghreb at Jakob's), w centrum zakurzonego miasteczka. Mauretania okazuje sie drozsza. Tu za kawalek dywanu w wietrznym, polotwartym namiocie chca wiecej niz za marokanski przecietny pokoik hotelowy. Jakob, szef tego miejsca mowi, ze OK, jesli chcemy, da nam jeden maly nie-hotelowy pokoik - za darmo, goscinnie. A potem przy herbacie - jeszcze mocniejszej i slodszej niz w Maroku - dogaduja sie z Kati, ze namaluje im jutro jakis malunek na jednej z bialych scian. 
5 styczen Podczas kiedy Kati przechodzi sie z mlodym Senegalczykiem z naszego kampingu zakupic farbe i zaczyna malowac ogromne logo i napis na scianie przy wejsciu, ja wedruje do centrum miasteczka, na rynek, zrobic zakupy do pociagu. Teraz dopiero zaczynam doceniac, jakie latwe, przyjemne i tanie bylo zycie w Maroku. Tam na kazdym kroku mozna bylo cos dobrego niedrogo przekasic, a stragany uginaly sie od owocow, kilkunastu rodzajow daktyli, fig, oliwek, itd. Tutaj natomiast, gdzie wokol tylko pustynia - nic nie rosnie. Wszystko co maja sprowadzane jest z innych krajow. Mandarynki, ktore w Maroku kosztowaly grosze, tu kosztuja 1 Euro za kilo i sa najtanszymi owocami. Maja tu kilka eleganckich supermarketow z samymi importowanymi z Europy rzeczami - puszkami, slodyczami, kosmetykami - po wyzszych jeszcze niz w Europie cenach. Nie wiem jak moga pozwolic sobie na to przecietni Mauretanczycy. Na miejscowym targu zaopatruje sie w marokanskie mandarynki, pomidory, daktyle i orzeszki ziemne, w supermarkecie znajduje czarna czekolade z daktylami, a w piekarence, swieze francuskie bagietki. Nie moge napatrzyc sie na piekne, obszerne niebieskie lub biale szaty tutejszych mezczyzn, zwane 'darra', ktore malowniczo powiewaja na wietrze. Kiedy wracam do hoteliku, Kati konczy malunek na scianie. Mowi, ze nie jest to jej najlepszy, ale i tak, z artystycznym rozmachem i mocnymi kolorami, jest to najlepsze, co moga miec. O 15:00 podobno odjezdza pociag, wiec pakujemy sie, zegnamy i bierzemy taksowke na odlegla o pare kilometrow od miasteczka stacje. Niewielki bialy budynek stacji skladajacy sie z trzech scian i dachu znajduje sie posrodku piaszczystego pustkowia i czuje, ze tu zaczyna sie nasza pociagowa przygoda. Przy torach kolejowych, niknacych po obu stronach w oddali za piaszczystym horyzontem, siedza wprost na piastu z tobolkami kolorowe grupki miejscowych ludzi. Oraz uwiazana do slupka koza - tez oczekujaca na pociag. Polokrag z kamieni posrodku placyku stanowi substytut meczetu, gdzie paru mezczyzn odbywa wlasnie modlitwe z poklonami. A w polotwartym budynku stacyjki rozlozonych jest pare prostych stoisk, gdzie miejscowe kobiety siedzac na matach wraz z niemowletami sprzedaja importowane slodycze, owoce, napoje oraz gotowane jajka na twardo. Pomiedzy oczekujacymi pasazerami krazy mezczyzna w ciemnych okularach i kolorowej koszuli, z zolta skrzynka z jedna szklana scianka, za ktora widac sterte misternie przygotowanych kanapek z niewielkich bagietek. A na szybce napis: 'sand wishes'. Nie 'sandwiches', a wlasnie 'sand wishes' - czyli 'piaskowe zyczenia' - bardzo pasujaca do otoczenia nazwa. Jest juz po pietnastej, a pociagau nie widac. Pytamy jednego z oczekujacych mezczyzn i dowiadujemy sie, ze dzisiaj bedzie o osiemnastej. Inshallah. Siadamy wiec na betonowej laweczce pod sciana stacyjkowego budynku i obserwujemy rozgrywajace sie spokojnie scenki tego piaszczystego dworca - a sa ciekawsze i kolorowsze niz najciekawszy film. Kobieta we wzorzystej szacie karmi obfita piersia wydobyte z chusty na plecach niemowle, tuz przy torach nastepuje rozladunek przywiezionych wozem z osiolkiem pakunkow, a inny osiolek ciagnie z mozolem wozek z niebotyczna sterta metalowych (mam nadzieje, pustych) beczek. Rozposcierajace sie tuz poza torami piaszczyste wydmy sluza za publiczna toalete. Kiedy zbliza sie osiemnasta, ide raz jeszcze za wydme, bo towarowy wagon nie bedzie raczej mial takich wygod. W momencei kiedy podciagam spodnie, widze i slysze nadciagajacy z oddali pociag. Biegne wiec przez piasek, aby zdazyc przekroczyc na pasazerska strone torow zanim odgrodzi mnie od niej najdluzszy pociag swiata. Udaje sie. Ale widze, ze oczekujacy pasazerowie jakos sie nie ruszaja, spokojnie siedzac dalej na swoich tobolkach. A pociag... nadjezdza zwalniajac, ale nie zatrzymuje sie wcale i niknie w oddali. Bo to nie byl nasz - ten pelen byl jakiegos weglowego mialu i nadjechal z innej strony. Nasz dopiero przyjedzie. Kiedy? Wkrotce. Inshallah. Z toalety za wydma widzialam czerwona kule zachodzacego slonca. Teraz sie sciemnia i zaluje, ze nie zobacze wiele z widokow po drodze. Pewnie dopiero z rana. Czekamy dalej, z gestniejacym lekko tlumkiem tuz przy samych torach. W koncu - juz z totalneuj ciemnosci, wylania sie swiatlo lokomotywy i wtacza sie powoli z hukiem i lomotem niezliczona ilosc pustych, otwartych od gory towarowych wagonow. Jest tez jeden czy dwa pasazerskie, na ktore czesc oczekujacych wykupila bilety. Wiekszosc jednak, podobnie jak Kati i ja wybiera darmowa miejscowke na podlodze jednego z towarowych. Na 'peronie' poznalysmy mowiacego troche po angielsku mlodego czlowieka - Mohameda, ktory odprowadza na pociag swojego przyjaciela, rowniez Mohameda - w ktorego rece i opieke nas oddaje. Ten Mohamed nie mowi niestety nawet po francusku, ale pokazuje nam sposob wejscia do wagornu, pomaga wrzucic plecaki, wlozone specjalnie w worki po mace, ktore kupilam rano - dla ochrony przed brudem. Rozklada na podlodze plachte, na ktora nas zaprasza. W drugim koncu zainstalowuje sie towarzystwo odgradzajace sie od nas ogromna skrzynia, w ktorej transportuja lodowke, a w rogu niedaleko nas, zadomawia sie czyjas koza. Czeka nas dluga noc. Ubralysmy sie zawczasu z Kati we wszystko co mozliwe, oczekujac chlodu, owijamy twarz chustami, chroniacymi choc troche prze pustynnym pylem i nakrywamy sie starym szarym kocem, ktory kupilysmy specjalnie za 2 Euro z naszego porannego hoteliku. Na poczatku jest calkiem przyjemnie. Z czasem jednak zawiewajacy wiatr i chlod pustynnej nocy przedzieraja sie przez koc i warstwy ubran. Przytulamy sie mocniej z Kati, ale raczej nie pospimy. Decyduje sie w koncu rozwiazac worek i wydobyc z plecaka izomate oraz czysciutki do tej pory spiwor. Wiem, ze po tej nocy pewnie juz nie dopiore go nigdy, ale to jest jedyne, co moze nam pomoc te noc przetrwac. Rzeczywiscie, pod spiworem i kocem da sie nawet chwilami zdrzemnac. Ale tez nie na dlugo. Kiedy pociag zatrzymuje sie w srodku nocy posrodku pustyni, wydobywam z naszej siatki z prowiantem te czarna czekolade z migdalami i podjadajac taki smakolyk, wpatrujac sie w czarne, intensywnie rozgwiezdzone niebo nad glowami - z perspektywy podlogi towarowego wagonu - swiat wydaje sie piekny. Napisz komentarz (8 Komentarze) |