Strona główna arrow Moja Afryka arrow Wybrzeze Kosci Sloniowej
mili chlopcy rebelianci Drukuj E-mail
czwartek, 11 maj 2006

 

Podrozowanie wewnatrz kraju jest spokojne i przyjemne jak zawsze, ale ostatnimi czasy najciekawsze okazuje sie przekraczanie granic. Mirkowi, temu polskiemu liderowi grupy obserwacyjnej ONZ, ktory wspaniale sie mna zaopiekowal w Monrowii, nie udalo sie dowiedziec wiele na temat sytuacji w opanowanym przez rebeliantow rejonie Wybrzeza Kosci Sloniowej, przez ktory mialam wkrotce przejechac. Po przyjemnym odpoczynku opuscilam wiec Monrowie i ruszylam w strone granict majac nadzieje dowiedziec sie czegos po drodze. Spytalam na jednym z punktow kontrolnym na polnocy kraju. Ale to byl oboz bangladeskiej druzyny ONZ i ich angielski wydawal sie ograniczony do zapytania czy jestem zamezna. Wiec jechalam dalej, na pakach przeladowanych ciezarowek i pickupow po wyboistych, zakurzonych drogach. W koncu musialam wziac motocyklowe busz taxi, ktore dowiozlo mnie do liberyjskiego budyneczku paszportowo celnego przed niwielkim mostem w dzungli.
- Czy to ivoryjski budynek celny? - zapytalam wskazujac na druga strone mostu.
- Kiedys byl. Obecnie to baza rebeliantow. - uslyszalam.
Ale dotarwszy tak daleko, coz moglam zrobic...?
Chlopcy rebelianci okazali sie calkiem mili i jako ze nie bylo po tamtej stronie zadnego innego transportu, zabrali mnie do miasteczka prujacym przez dzungle autem swojego konwoju.

w konwojem rebeliantow

Napisz komentarz (22 Komentarze)
konwersacja sprzed parunastu minut Drukuj E-mail
¶roda, 17 maj 2006

 

Kontynuujac temat poprzedniego updatu...
Tak jak wspomnialam, kiedy poruszylam temat dzieci-niewolnikow na plantacjach kakao z tak zwanymi 'normalnymi' ludzmi, twierdzili, ze nic na ten temat nie wiedza, ze owszem, moze to i mozliwe, ale nie sa w stanie osobiscie potwierdzic, ani zaprzeczyc.
Tu w Abidjan jednak, najwiekszym miescie Wybrzeza Kosci Sloniowej zostalam przygarnieta przez miejscowego rastamana, szczerego, ale prostego goscia, ktory obraca sie w roznych srodowiskach... Jest Ganijczykiem, ale mieszka tu od dawna. W kazdym razie, nie liczac na wiele, poruszylam ten temat.
- Tak, jest tu targ dzieci. W Abidjan mozesz kupic wszystko. - uslyszalam.
- Zaprowadzisz mnie tam? Chce kupic dziecko.
- Nie ma sprawy. A co, masz plantacje w Polsce?
Chwile zajelo mi wytlumaczenie, no bo - jeslii nie na plantacje, to po co mi dziecko... Ale kiedy pojal, zaczal rzucac ofertami:
- Chesz, dam ci mojego chlopca.
Bo sam ma dwojke dzieci, kazde z inna dziewczyna, obydwoje wychowuje rodzina jego mamy w Ghanie.
- Albo mozesz wziac corke mojej siostry, jesli wolisz dziewczynke. Albo jesli chcesz niemowle, mam znajoma prostytutke. Bedzie wolala sprzedac dziecko tobie. Bo ty nie utniesz mu glowy.
- O czym ty mowisz? - pytam nie wierzac moim uszom.
- Bo jak sprzeda komus innemu, to utna mu pewnie glowe. Z glowek dzieci robi sie lekarstwa.
- Jakie lekarstwa?
- Lekarstwa czarnej magii. Na wzbogacenie.

To tyle z dzisiejszego wieczoru. Az musialam wyjsc na internet, aby sie tym podzielic.
Zobaczymy, co przyniesie jutro...

Napisz komentarz (15 Komentarze)
gorzki smak slodkiej czekolady Drukuj E-mail
¶roda, 17 maj 2006

 

W przewodniku Lonely Planet pozyczonym na chwile od Czecha jeszcze w Liberii, przeczytalam cos o Wybrzezu Kosci Sloniowej, co mnie dotknelo. Otoz okazuje sie, ze stad pochodzi prawie polowa produkowanego na swiecie kakao. Oraz, ze... na porozrzucanych po kraju plantacjach pracuje okolo pietnastu tysiecy dzieci-niewolnikow. Wiele z nich sprowadzanych z pobliskiej Burkiny Faso i Mali, niektore zwabione obietnica platnej pracy, inne kupione bezposrednio od biednych, zadluzonych rodzicow, inne jeszcze porwane wprost z ulicy. Nie dostaja zaplaty, sa rzadko karmione i czesto bite, nie wspominajac o fakcie, ze nigdy nie beda mialy mozliwosci posmakowac czekolady, ktora wyrabiana jest z kakao, ktore zbieraja. Jest podobno nawet targ dzieci-niewolnikow, gdzie za okolo siedemdziesiat dolarow mozn kupic dziecko do pracy. Mialam spontaniczny, byc moze szalony pomysl odnalezienia tego targu i kupienia tam najmizerniej wygladajacego dziecka i... no i nie wiem co dalej dokladnie, w kazdym razie postaralabym sie jakos, aby mialo lepsza przyszlosc. Problem w tym, ze przewodnik nie podaje gdzie znajduje sie ten targ. Odkad wkroczylam do Wybrzeza Kosci Sloniowej, probowalam go odnalezc, ale nie jest to latwa sprawa. W wiosce, na terytorium kontrolownym przez rebeliantow, tuz pod liberyjska granica, spotkalam dwoch nastoletnich chlopcow, pracownikow-niewolnikow, ale niestety nie mowili ani po francusku, ani po angielsku, aby podzielic sie swoja historia. A pozniej, wszyscy, z ktorymi tylko poruszylam ten temat, twierdzili, ze nic o tym nie wiedza, lacznie z lokalnym biurem UNICEFU, ktore odwiedzilam. Mysle, ze po prostu ci, ktorzy nie sa zamieszani w ten biznes, moga naprawde nie wiedziec, a ci ktorzy sa - oczywiscie nie powiedza. Spedzilam pare milych dni z miejscowymi ludzmi w pieknie polozonym miasteczku Man na polnocy, po czym przejechalam stopem przez kraj i dotarlam wczoraj do Abidjanu.
Dla odmiany postanowilam tym razem zaaplikowac normalnie, legalnie o wize do nastepnego kraju, czyli Ghany. A jest to proces, ktory uwazam za strate czasu, energii i pieniedzy. Zabiera dwa dni, wymaga dwoch wypraw do ambasady w odleglej czesci miasta, wypelnienia czterech identycznych, szczegolowych formularzy oraz dolaczenia czterech (!) zdjec i trzydziestu dolarow.
Bardziej optymistyczna nuta to fakt, ze poznalam tu w Abidjan ganijskiego ksiecia, ktorego ojciec mial szesc zon i 28 dzieci. Normalnie muzulmanscy mezczyzni moga miec cztery zony, ale plemiennego krola takie ograniczenia nie dotycza.
Wybrzeze Kosci Sloniowej to zielony, zyzny kraj, wiec obfitujacy w tanie egzotyczne owoce. Uliczne stoiska sprzedaja dobre francuskie bagietki oraz smaczne afrykanskie potrawy. Pierwsze tropikalne burze tej pory deszczowej ochladzaja rozgrzana atmosfere i ogolnie, zycie plynie w porzadku.

 

Napisz komentarz (5 Komentarze)
ocierajac sie o handel dziecmi Drukuj E-mail
niedziela, 21 maj 2006

Nastepnego ranka po tej szokujacej rozmowie moj przyjaciel rasta zabral mnie na spotkanie z jego przyjacielem na dachu na ciag dalszy. Sprawa przedstawiala sie bardzo prosto:
- OK, powiesz nam czy chcesz dziewczynke czy chlopca, malego czy duzego, a my znajdziemy kogos, kto
zorganizuje pare dzieci.
- W jaki sposob 'zorganizuje'?
- O to sie nie martw siostro. Mamy swoje sposoby.
Zorganizujemy, nakarmimy je dobrze, a ty przyjdziesz i wybierzesz, ktore ci sie spodoba. Widzisz te kobiete?
- mowi chlopak, pokazujac na pulchna kobiete w sarongu i biustonoszu na balkonie pare budynkow dalej. - Ona moze zdobyc ci dziecko.
- Ta kobieta? - pytam powatpiewajaco.
- Tak, to wplywowa kobieta. Dealerka kokainy. Czasem tez zajmuje sie dziecmi.
Ale nie musze chyba mowic, ze kupowanie porwanego specjalnie dla mnie dziecka to ostatnia rzecz, jaka bym zrobila. Musialam wyjasnic wszystko od nowa. I wpadlismy w koncu wspolnie na inny pomysl. Chlopak, rowniez Ganijczyk, powiedzial mi, ze jest tu cala masa przywiezionych z Gany dziewczynek, nie zupelnie niewolnikow, ale pracujacych czesto w skrajnych warunkach jako pomoc do gotowania, prania, zmywania i wszystkiego innego. On zna osobiscie rodzine z taka dziewczynka. To wszystko zbieglo sie z mailem od mojego przyjaciela Jasona, amerykanskiego biznesmena, ktory pisal, zeby dac mu znac, jesli znajde jakas rodzine lub dziecko, ktoremu bedzie mogl pomoc, czy zasponsorowac.
Poszlismy razem do tej rodziny, gdzie na zatloczonym podworku mlode dziewczyny gotowaly jedzenie w ogromnych garach - jedzenie, ktore sprzedaja potem na ulicznych stoiskach. A wsrod nich, dziewczynka o imieniu Akua, okolo jedenastoletnia (sama nie zna swojego wieku). Porozmawialismy z jej pracodawczynia. Okazala sie wyrozumiala kobieta i zgodzila sie, ze jesli ma to byc zabranie jej z powrotem do Gany i poslanie do szkoly, wtedy nie ma nic przeciwko temu. I tak nie miala z dziewczynki ogromnego pozytku. Opowiedzialam o tym Jasonowi. A on, nie odrywajac sie nawet od komputera, przeslal przez Western Union 150 dolarow na transport dla dziewczynki, nowe ubrania, zabawki, jedzenie, przybory szkolne i moze pierwsza oplate za szkole. Mowi, ze pare dni temu wydal 160 dolarow na jeden posilek w restauracji z dziewczyna - ktorego nawet nie dokonczyla. Wiec te pieniadze przyniosa wiecej dobrego i pozytku. Tym bardziej, ze zamierza pozostac w kontakcie i wspierac finansowo Akue tak dlugo, jak bedzie chodzic do szkoly, a moze i dluzej.
Tak wiec ocierajac sie lekko, ale nie wchodzac zbyt gleboko w miejscowy handel dziecmi-niewolnikami,
ruszam jutro z rana z jedna szczesliwa dziewczynka w strone jej rodzinnej wioski w Ganie.

 

Napisz komentarz (21 Komentarze)