Strona główna arrow Moja Afryka arrow Liberia
przeprawa przez zielona granice Drukuj E-mail
niedziela, 07 maj 2006


Jakby przejazd przez Sierra Leone nie byl wystarczajaco ciekawy, wydostanie sie z tamtad i przeprawa do Libierii bylo dopiero poczatkiem prawdziwej przygody...

Poniewaz wiza do Sierra Leone kosztuje zawrotna kwote prawie stu amerykanskich dolarow, zdecydowalam zaoszczedzic czas, pieniadze oraz miejsce w paszporcie i sprobowac obejsc sie bez. Udalo mi sie wjechac do kraju bez problemu, ale kiedy dotarlam do mostu granicznego na granicy z Liberia, okazalo sie, ze nie chca mnie wypuscic, wlasnie z powodu braku tej wizy. Oficerowie graniczni nie byli otwarci na zadne rozmowy i negocjacje. A dla mnie - powrot wyboistymi drogami z powrotem do stolicy i wykupienie tej drogiej wizy nie bylo opcja.  Musialam znalezc inne rozwiazanie, szczegolnie biorac pod uwage, ze nie mialam rowniez liberyjskiej wizy. Tak wiec porozmawialam z miejscowymi ludzmi w przygranicznej wiosce i skierowali mnie do innej, mniejszej wioski, jakies piec kilometrow w glab dzunglii, nad ta sama rzeka. Tam, jako ze wszyscy mieszkancy zobaczyli jak przybywam, nikt nie chcial przewiezc mnie na druga strone bez autoryzacji szefa wioski. Ale szef okazal wieksze zrozumienie i bez wielu zbednych pytan zaakceptowal dwadziescia dolarow i nakazal chlopcom przewiezienie mnie na druga strone waska, chybotliwa lodka, a po drugiej stronie doeskortowanie mnie do pierwszej liberyjskiej wioski. Ucieszylam sie, ze nie wysadzili mnie po prostu na drugim brzegu i nie znikneli, bo tam waska sciezka prowadzila prosto przez busz tak gesty i tak mokry po niedawnym tropikalnym deszczu, ze po chwili bylam completnie przemoczona i ublocona. Przekroczylismy pare strumieni i mokradla, ale nic juz mi nie przeszkadzalo, bo bardziej mokra i brudna byc juz nie moglam.

W koncu dotarlam do pierwszej liberyjskiej osady, gdzie znowu pierwsze co - znowu zostalam przyprowadzona przed oblicze szefa wioski. Szef, ktorego kraj dopiero co otrzasa sie z niedawnej wojny domowej, uzyl lekko wojskowego jezyka, aby wypytac o cel mojej wizyty:
- Jaka jest twoja misja tutaj, madam?
- Moja misja to zobaczyc Afryke.
- Wiec patrolujesz Liberie?
- No... mozna powiedziec, ze patroluje afrykanski kontynent.
- No to bardzo dobrze. Witaj w naszej wiosce.

Zostalam zaszczycona dostajac pokoj w chacie samego szefa. A kiedy siedzialam potem na werandzie chaty z mieszkancami calej wioski zgromadzonymi wokol, lekko zdziwionymi moim widokiem, jeden z mezczyzn powiedzial:
- Raz tylko widzielismy bialych ludzi w naszej wiosce. Przyjechali autem ONZ, spatrolowali okolice i odjechali. Zaden bialy nie przywedrowal tu nigdy pieszo.
A kiedy blyskawica rozswietlila nocne niebo w oddali, inny mezczyzna zapytal:
- W Portland, czy tam tez slonce rozswietla niebo tuz przed deszczem?
Mowilam mu, ze to nie Portland, a Poland, ale robilo to niewielka roznice, podobnie jak nie dalo sie wytlumaczyc, ze to nie slonce rozswietla niebo podczas burzy. W kazdym razie, pogawedzilismy sobie milo, do momentu az nadciagnela burza i myslalam, ze zwieje mnie razem z chwiejna chatka. Dach przeciekal, ale chatka przetrwala i nastepnego ranka przywitalo mnie slonce.

Po godzinie drogi przez dzungle dotarlam do glownej, asfaltowej drogi, gdzie... gdzie zabralo mnie na stopa wygodne auto ONZ i sprawnie i bez zatrzymywania przewiozlo przez wszystkie punkty kontrolne. Dzien wczesniej mokra i ublocona przedzierajaca sie przez dzungle, teraz znalazlam sie w klimatyzowanym baraku misji ONZ sprawdzajac maila na ich komputerach, popijajac zimne napoje. W przeciagu paru minut poznalam chlopakow z Pakistanu, Rumunii, Filipin, Rosji, Nigerii i Namibii. Od Rumuna dostalam numer telefonu do stacjonujacego w Monrowii Polaka, szefa zespolu obserwatorow, wiec jestem teraz u niego. Mirek mieszka w jednym domu z honorowym konsulem Czech, ktory prowadzi tez pobliski czeski pub oraz mowi, ze zalatwi mi liberyjska wize.

Chyba nigdy nie przestanie zadziwiac mnie splot przedziwnych zbiegow okolicznosci, po ktorych wiedzie mnie droga...

przez bagnista, zielona granice...

Napisz komentarz (3 Komentarze)