Strona główna arrow Moja Afryka arrow znowu Mali
Kani Drukuj E-mail
¶roda, 22 marzec 2006

czyz nie jest uroczy...? :)

Sprzedawszy mojego bialego wielblada w Nigrze, spedzilam pare dni w stolicy, odwiedzilam jedna z ostanich zyraf w Zachodniej Afryce i - wrocilam z powrotem do Burkiny Faso. Burina, z wielu powodow, jest jednym z moich ulubionych krajow. Spedzilam wiec pare dni z przyjaciolmi w Ouagadougu, po czym ruszylam z powrotem do Mali, odwiedzic Kraine Dogonow.
Kraina Dogonow jest fascynujacym miejscem, z unikalna mitologia oraz z wioskami o bajkowej architekturze. Ale... nie moglam skoncentrowac sie za bardzo na wiodokach, z powodu tego co wydarzylo sie w pierwszej wiosce, do ktorej dotarlam, w wiosce Kani Kombole... Bylo pozne popoludnie. Zeszlam wlasnie ze skalnego klifu, gdzie wedrowalam wsrod ruin chatek opuszczonych przez cywilizacje Tellem. Zeszlam do wioski i zobaczylam tlum ludzi, glownie dzieci i nastolatkow, kazdy z wielkim dragiem w reku, czekajac na cos w napieciu przed niewielkim budynkiem - spichlerzem na proso. Ziemisty spichlerz stoi na czterech kamieniach, tak ze jest troche przestrzeni pomiedzy ziemia a podloga i tam wlasnie skierowane byly oczy tlumu, a kilkoro chlopcow wtykalo tam kije.
- Co sie dzieje? - spytalam mlodego chlopaka, ktory za mna podazal.
- Zwierze...
- Jakie zwierze? Waz?
- Nie, nie waz.
- Co za zwierze?!
- Pies. Mlody pies.
- Czy maja zamiar zabic pieska?
- Tak. My nie jemy psow.
- Nie zabijajcie pieska!
- Psy nie sa dobre.
- Nie zabijajcie pieska! Ja go wezme.
Porozmawial ze starszym mezczyzna dowodzacym polowaniem na psa i ten sie zgodzil. Niestety, nie wszyscy chyba jednak zrozumieli, bo w momencie, kiedy wykurzony kijami szczeniaczek wynurzyl sie w koncu z kryjowki i przerazony zaczal uciekac, jeden z chlopcow rzucil sie na niego i uderzyl go dragiem, zanim zdazylam zlapac i ukryc pieska w swoich ramionach. Usiadlam na kamieniu wraz z trzesacym sie szczeniaczkiem i lzami w oczach - lzami szoku z powodu takiego okrucienstwa i lzami szczescia, ze pojawilam sie na czas. Rozumiem, ze w wiosce, gdzie dzieci biegaja polnagie i gdzie ledwo starcza jedzenia dla ludzi, nie ma chetnych do dzielenia sie z psami, ale mimo wszystko, nie moglam pozwolic na zatluczenie dragami szczeniaczka.
Tak wiec z bialego wielblada zeszlam na psy. A raczej na malego straumatyzowanego szczeniaczka, ktory stracil wzrok w jednym oku od tego uderzenia kijem, i ktory przez pierwsze dwa dni tylko chowal sie na widok innej niz ja ludzkiej osoby. Teraz powoli, zaczyna robic sie odrobine bardziej ufny, uczy sie jesc (do tej pory ssal chyba tylko mleko matki), doswiadczyl juz autostopu, a dzisiaj nawet przejazdzki na motocyklu ze mna i przyjacielem z Segou. Nazwalam szczeniaczka Kani, od wioski z ktorej pochodzi. Nie jestem pewna, czy chce aby przypominac mu o tym miejscu, ale w kazdym razie, to miejsce, gdzie zaczelo sie dla niego nowe zycie. Nie wiem jeszcze co zrobie z Kani, poki co, cieszymy sie wzejemnie swoim towarzystwem.

zaczyna sie robic ufny...

 

Napisz komentarz (9 Komentarze)
czekajac na Agnes Drukuj E-mail
poniedziałek, 27 marzec 2006


Pisze te wiadomosc delektujac sie organicznymi witarianskimi smakolykami, ktore przeslal mi w paczce moj przyjaciel Jason z Kaliforni. Przeslal tez pare opakowan kredek i gadzetow dla miejscowych dzieci, wiec moze zorganizuje wkrotce jakis warsztacik artystyczny.
Niewiele sie w tym momencie dzieje. Czekam na Agnes - te Francuzke z ciezarowka i dmuchanym zamkiem ukradzionym z Mc Donalds'a. Agnes robi sobie wlasnie przerwe, zostawiwszy ciezarowke i podrozujac lodka po rzece Niger. Jak wroci, moze wybierzemy sie gdzies razem.
Czekajac na nia spedzilam wlasnie pare spokojnych dni u przyjaciol z Segou, ktorych poznalam ponad miesiac temu na festiwalu. A wczoraj przyjechalam stopem z Kani do Bamako. Kani nie opanowal jeszcze zbyt dobrze sztuki chodzenia na smyczy (tzn. sznurku), wiec troche drepczac i placzac mi sie pod nogami, troche bedac ciagniety, zapierajac sie lapkami, troche u mnie na rekach - dotarlismy na droge wyjazdowa, gdzie chroniac sie przed piekacym sloncem, wczolgal sie pomiedzy moj plecak a beczke przy punkcie kontrolnym przy drodze.
W Bamako wybralam sie na kolejny mega koncert. Z Tiken Jah Falkoy jako glowna gwiazda. Stadion pekal w szwach od malijskich mlodych ludzi - niesamowicie entuzjastyczny tlum, ktory wyrwal sie troche spod kontroli i ochroniarze na prozno usilowali powstrzymac skaczacych przez ogrodzenie, aby znalezc sie blizej sceny. Wkrotce cala trawiasta przestrzen stadionu wokol sceny zaludnila sie roztanczonym tlumem. A to co rozgrywalo sie wokol bylo przynajmniej tak ciekawe, jak to co na scenie. Kiedy pojawil sie Tiken Jah, glos wielu tysiecy ludzi spiewajacych razem z nim zagluszyl jego wlasny, emitowany przez gigantyczne glosniki.
Tu w Bamako zadzwonilam do goscia, ktory zabral mnie, jeszcze z Kati i Rebeka ponad miesiac temu. Nie ma go tu nawet w tym momencie, ale wyslal po mnie swojego kuzyna, aby sie mna zajal i upewnil, ze niczego mi nie brakuje. Afrykanska goscinnosc nie ma sobie rownej. KUzyn obwozi mnie na motocyklu, byl moim osobistym ochroniarzem podczas koncertu, znajduje mleko dla Kani i nie pozwala mi nawet prac moich wlasnych rzeczy, powierzajac je swojej mlodszej siostrze - "w Afryce tak to dziala". - wyjasnia.
Pomimo tego, ze robi sie w ciagu dnia nieznosnie goraco i pomimo tego, ze czekam po prostu w okolicy - zyje sie dobrze i ciesze sie kazdym nowym afrykanskim dniem.
A w galerii sa juz trzy albumy z nowymi zdjeciami.


Napisz komentarz (13 Komentarze)
troche radosci Drukuj E-mail
pi±tek, 31 marzec 2006



Wspomnialam Wam, ze moj amerykanski przyjaciel Jason przyslal mi paczke z kredkami, ksiazeczkami do kolorowania, naklejkami, itd. Oraz pieniadze, aby sprawic troche radosci miejscowym dzieciom. Nie lubie rozdawac slodyczy czy pieniedzy zebrzacym dzieciom na ulicy, wiec wpadlam na lepszy pomysl. Zatrzymalam sie w tym momencie u miejscowego przyjaciela w jednej z dzielnic Bamako, wsrod domow wzdluz piaszczystych uliczek - i tutaj wlasnie zorganizowalam maly warsztat i konkurs rysowania. Powiadomilismy tylko rano dzieci sasiadow, aby przyszly z przyjaciolmi, a po poludniu juz podworko pekalo w szwach od tlumu maloletnich artystow. Wszyscy dobrze sie bawilismy, a rezultat mozecie zobaczyc w najnowszym albumie.

Ale jesli chodzi o sprawianie radosci - obserwuje zycie wokol i... mysle, ze miejscowi nie bardzo potrzebuja mnie ani kogokolwiek do tego. To tylko nasza, zachodnia perspektywa, ludzi zaprzatnietych materialnymi dobrami, ktora kaze nam wierzyc, ze tylko dlatego ze sa biedni, nie sa szczesliwi. Z tego co widze, Afrykanczycy sa w rzeczywistosci najbardziej radosnymi, najszczesliwszymi ludzmi, jakich spotkalam oraz sa mistrzami radzenia sobie najlepiej na swiecie z tym co maja. Pare przykladow:

Nie jeden raz obserwowalam miejscowe dzieci zgromadzone poznym wieczorem na piaszczystej uliczce - nie maja magnetofonu, ani radia, ani nawet bebna, ale spiewaja, klaszcza i wygrywaja rytm patykami na zardzewialej puszce, podczas kiedy inni tancza. Te dzieci nigdy nie braly lekcji tanca, ale powinniscie ich zobaczyc - tancza calym cialem i dusza, w rytmiczny, zmyslowy sposob, z takim entuzjazmem, jakby bawily sie na koncercie najpopularniejszego zespolu swiata.
Albo jak wedrowalam z tym miejscowym przewodnikiem w Nigrze w poszukiwaniu zyrafy. Ja w super butach na podobno najlepszej podeszwie swiata, z Vibramu. On w tanich plastikowych klapeczkach - a ledwo dotrzymywalam mu kroku.
A innym razem, kiedy lokalny chlopak odprowadzal mnie do domu swojej rodziny, zaoferowal poniesc mi plecak. Plecak z pasem biodrowym, regulowanym systemem nosnym i innymi bajerami - a on... umiescil go sobie sprawnym ruchem na glowie i znowu, powedrowal szybciej niz ja bez bagazu.

Wiec tak naprawde - nie wydaje mi sie, aby miejscowi potrzebowali mnie ani kogokolwiek tutaj - ale mimo wszystko, milo jest uczestniczyc w ich radosnym zyciu, a jesli moge sama czyms sie podzielic, to jeszcze lepiej. Dzieki Jason! Dobrze sie bawilismy z kredkami, a pieniedzy jeszcze zostalo, tak ze bede mogla zaprosic na posilek wiecej zebrajacych na ulicy ludzi, albo zrobic cos innego, jesli wpadne na inny pomysl.

 

Napisz komentarz (250 Komentarze)
czas w droge Drukuj E-mail
sobota, 08 kwiecień 2006


Okazuje sie, ze Agnes na ktora czekalam, ma jednak troche inne plany. Chce sprzedac ciezarowke, ktora jest zbyt wielka i zbyt droga w eksploatacji, moze kupic cos mniejszego i wtedy ruszyc, troszke inna droga. Moze spotkamy sie jeszcze gdzies pozniej.
W kazdym razie - milo bylo w upalnym Bamako w sezonie mang. Dobrze bylo pobyc ciut dluzej w jednym miejscu i idac ulica byc witana okrzykami nie jak zwykle "tubabu, tubabu!" (bialy czlowiek) - a po imieniu: "Kinga! Kani!" W dwoch nowych albumach troche zdjec z Bamako i okolicy. Teraz czas juz dalej w droge. Ruszamy zaraz z Kani z powrotem w strone senegalskiej granicy i dalej w strone Gambi. To dluga, pusta i piaszczysta droga, mam nadzieje, ze cos nas zabierze.    

                                           
Bamako pelne mang...

 

Napisz komentarz (10 Komentarze)