Strona główna arrow Moja Afryka arrow Niger
jeden dzien z Tika Drukuj E-mail
niedziela, 05 marzec 2006

swiat z siodla wielblada
Tuareg na motorze
w zwiewnej szacie w kolorze
tak niebieskim jak niebo Burkiny
mija nas pozdrawiajac
i Allaha wzywajac
a obok przechodza dziewczyny
z ozdobami w warkoczach
blyskiem usmiechu w oczach
balansujac na glowie wode
co przynosza ze studni
kazda sie tym tu trudni
a na plecach niemowle mlode
Tika kroczy niespiesznie
strzygac uchem pociesznie
szybkie tempo Tice nie w smak
nigeryjskie przestrzenie
Tika kocha szalenie
Tika uj, Tika uj, Tika tak

Przyspiewywalam sobie w ten sposob w rytm niespiesznych krokow Tiki przemierzajac bezdroza na pograniczu Burkiny i Nigru. Piosenka bylaby dluzsza, ale wene tworcza przerwalo mi pojawienie sie nie wiadomo skad wedrujacego mezczyzny, z ktorym wdalam sie w rozmowe. Bez bagazu, w plastikowych klapkach, wedrujacym z Mali, przez Niger az do Nigerii.

A pisze te slowa teraz bedac smutna - smutna po szybszym niz sie spodziewalam rozstaiu z Tika. I szczesliwa - szczesliwa wszystkimi pieknymi chwilami, ktore razem przezylismy. Nie wiem czy moge powiedziec, ze Tika mnie pokochal. Ale w kazdym razie zaczal mnie akceptowac i tolerowac, z cierpliwoscia i usmiechem. A te kilka dni wedrowki byly jednymi z najintensywniejszych w moim zyciu. Dlugo by opisywac - zalaczam wiec opisany w skrocie jeden dzien z pamietnika.

------------------------------------------------------------------------------

28 luty
Pierwszym widokiem, jaki widze z rana wychodzac na podworko przed chatke, to kobiety i dziewczynki ubijajace dragami proso. Natychmiast tez kiedy sie pojawiam, zotaje mi wreczona miska ze slowami:
- Szef wioski przesyla mase.
To znaczy te okragle smazone ciasteczka, ktorymi dziele sie z calym podworkiem. Na porannym stoisku wypijam jeszcze 'bui' (gesty napoj z prosa). Ide podziekowac i pozegnac goscinnego szefa wioski i wracam osiodlac Tike. Brat szefa pomaga mi przymocowac plecak, po czym osobiscie, jak zwykle w asyscie wioskowej dzieciarni, odprowadza mnie na wychodzaca z Falagountu droge. Tam dopiero kaze Tice usiasc, dostarczajac dzieciakom uciechy - biala kobieta dosiadajaca bialego wielblada. I odjezdzajaca nim powoli samotnie w sina dal.
Okazuje sie, ze droga prowadzila tylko do Falagountu. Stad prowadzi wydreptana-wyjezdzoa sciezka, rozwidlajaca sie niejednokrotnie na kilka alternatywnych, kiedy ta glowna staje sie zbyt piaszczysta. Staram sie podazac ta najglowiejsza, aby sie nie zgubic. Do tej pory bylo zbyt latwo - podazac jedna wyrazna droga. Ta sciezka, prowadzaca juz w miare prosto do nigeryjskiej granicy, wiedzie przez wysuszone pustkowie. Nie wiem czy mozna nazwac to pustynia, bo okolica pelna jest kolczastych krzkow, a nawet gdzieniegdzie kolczastych drzew. Krajobraz zreszta co chwile lekko sie zmienia. W oddali widac wzgorza z plaskimi wierzchami. Od czasu do czasu mijam skupisko prostych okraglych chatek z ziemistych cegiel, otoczonych mniejszymi - bez drzwi, tylko z okienkiem - to spichlerze na proso. Po drodze wedruja kobiety noszace na glowach wiadra z woda. Wkroczylam chyba w bardziej tuareski region, bo od czasu do czasu mija mnie oturbaniona postac w dlugiej szacie, na rowerze lub motocyklu. Do ostatniej burkinkskiej wioski, Sela, mam okolo pietnastu kilometrow. Daje sie Tice zatrzymac, to na poskubanie wyschnietej trawy, to na liscie z kolczastego krzaka. Nasila sie upal.
Mija mnie woz z dwoma osiolkami wiozacy dwie metalowe beczki. Zagaduje mnie mezczyzna w kolorowej szacie. Okazuje sie, ze tez jedzie stad co ja, czyli okolicy Gorom Gorom. Co tu robi? Po nigeryjskiej stronie napelni beczki woda i pojedzie w pustynie ja sprzedawac w nomadzkich osadach. To jedyny sposob, w jaki moze zarobic par groszy. Pyta, czy mam cos do jedzenia.
- Mam tylko rzeczy, ktore trzeba ugotowac - ryz, makaron, fasolke. Jad dojedziemy do wioski i cos tam bedzie, to zapraszam pana na posiek. A daleko jeszcze?
- Nie, nie. Tuz, tuz.
Tutejsze 'tuz tuz' moze oznaczac wszystko. W kazdym razie osiolki truchtaja podobnym tempem co Tika kroczy, wiec jedziemy razem. Wioska Sela to nawet nie wioska, a kilka porozrzucanych budynkow, oraz garstka okraglych chatgek. I pompa, wokol ktorej zgromadzony jest tlumek miejscowych i stadko bydla pijace wode, ktora scieka do betonowego zbiornika. Podchodze z Tika, ktory tez gasi pragnienie, parskajac ociesznie mokrym pyszczkiem. Moj znajomy z osiolkami tu chyba napelni beczki. Mowi, aby isc dalej prosto - z roznych zrodel, od trzech do pieciu kilometrow - do pierwszej nigeryjskiej wioski - tam sie spotkamy.
Wedrujemy wiec dalej, przekraczajac wyschnieta zupelnie rzeke - jak sie domyslam - granice. Bez kontroli paszportowej, bez pieczatek. Na szczescie - bo nie mam ani burkinskiej, ani nigeryjskiej wizy. Ani nawet piczatek z kilku ostatnich granic. Wiec na wielbladzie wkroczylam do kolejnego afrykanskiego panstwa. Pierwsze pojednyncze chatki jakie tu mijam, to nawet nie z ziemistych cegiel, a z plecionych mat - niewielkie, okragle. Ale do wioski jeszcze spory kawalek. Raczej piec niz trzy kilometry. Kiedy w koncu pojawiaja sie domy wioski Amarasinge w oddali, nadjezdza swoim wozem moj znajomy. Tuz przed wioska zatrzymujemy sie. Rozsiodluje Tike, skladam bagaze pod drzewem, a mlody Tuareg w ozdobnej zielonej szacie, turbanie i z mieczem zgadza sie za drobna oplata popilnowac wielblada i bagazu. Moj burkinski znajomy zaprasza do wsiascia na woz z osiolkami i w ten sposob wkraczam do Amarasinge - pierwszej nigeryjskiej wioski. Posrodku piaszczystego placyku stoja puste w tym momencie targowe stoiska. Cotygodniowy targ byl tu akurat wczoraj.
- Chodz do domu marabutya - mowi moj znajomy - tam mozemy odpoczac.
Brodaty marabut w czarnej szacie i turbanie wita nas serdecznie na swoim podworku. Posrodku podworka stoi podwyzszona platforma z mata - loze marabuta. A w dwoch przeciwnych rogach podobne platformy, tylko dodatkowo zadaszone, na ktorych spoczywaja dwie zony marabuta, kazda otoczona gromadka dzieci. Sa tu tez dwie oddzielne, identyczne chatki. Po chwili konwersacji ide z moim znajomym zobaczyc, czy znajdziemy cos do zjedzenia w wiosce. Jedynie przed jedna chatka cos sprzedaja - ciasteczka z masy. Ale jest to tez jednoczesnie sklepik. Dogadujemy sie, ze jak kupie od nich kilo ryzu i kilo fasolki, to ugotuja mi to i za godzine zaserwuja polane olejem. Wracamy wiec odpoczac na podworko marabuta, gdzie dostaje miejscowy fotel-lezak z drewnianych pretow i gdzie gromadzi sie tlumek miejscowych zaintrygowanych moim pojawiem.
- Skad jestes? - pyta jeden z Tuaregow w ciemnych okularach.
- z Polski.
- Polski? Czy to na Wybrzezu Kosci Sloniowej?
- Nie. Jak ci to wyjasnic... to w zupelnie przeciwnym kierunku niz Wybrzeze Kosci Sloniowej.
- Aha.
Po jakiejs godzinie przychodzi chlopiec z ogromna miska ryzu z fasolka. Tlumek zostaje wyproszony, podczas kiedy moj znajomy i ja posilamy sie z jednej miski zapraszajac tez marabuta i zony. Marabut kurtuazyjnie tylko kosztuje i wraca do studiowania zapisanych arabskimi znaczkami kartek z fragmentami Koranu. Ale zostaje jeszcze ponad pol miski jedzenia, ktore trafia potem do zon i dzieci.
Czuje, ze potrzebuje troche odpoczac. Marabut mowi, ze nie ma problemu, moj wielblad i ja mozemy zostac jak dlugo tylko chcemy. Mozemy kontynuowac jutro, albo kiedykolwiek. Posyla natychmiast swoich chlopcow, aby przyniesli spod drzewa siodlo i bagaze, zwolnili Tuarego i sami pilnowali dalej Tiki. Najmlodsze dzieci biegaja tu nago. Starsze ubrane sa w przypadkowe kawalki garderoby. Jeden chlopiec w samych szortach. Inny, moze czteroletni, w nie wiadomo skad wzietej za duzej kurtce - ktora jest jego jedynym ubraniem - nie ma poza tym nic - ani butow, ani majteczek. Spedzam popoludnie w cieniu drzewa, usilujac skupic sie na pisaniu pamietnika. Jedna z zon wraz z corka tlucze proso. Druga wyrusza z wiadrem na glowie po wode. Chlopcy zaprzegaja i wybieraja sie gdzies osiolkiem, marabut lezy rozlozony posrodku swojego krolestwa, a mloda kozka wziela wlasnie lyka z przyniesionej dla mnie miseczki wody. Moj burkinski znajomy zegna sie i wyrusza w dalsza droge.
Daje Mohamedowi, najstarszemu synowi marabuta, pudeleczko herbaty i garsc kostek cukru z przywiezionych przeze mnie zapasow. Mlodsze rodzenstwo wygrzebuje skads troche na wpol spalonego wegla i Mohamed zabiera sie do zaparzania na tradycyjnym drewnianym stojaczku z weglem. Zdaje sobie sprawe na krawedzi jakiego ubostwa zyja, kiedy pyta, czy ma wsypac cale, czy pol opakowania. Mowie, ze pol w zupelnosci wystaczy i dorzucam jeszcze cukru, aby starczylo na drugie pol na jutro. Wszedzie dotad - w Mali i Burkinie, jedno male opakowanie starczalo na jedno zaparzenie super mocnej, super slodkiej herbaty, serwowanej w miniaturowych ilosciach, przewaznie trzy rundki. Dla mie pol jest jak najbardziej OK, przynajmniej da sie bez skrzywienia wypic. Mohamed, chociaz nigdy nie byl w szkole, mowi calkiem niezle po francusku. Tylko dwoch z jego mlodszych braci chodzi do szkoly. Wyglda na to, ze dziewczynek sie tu do szkoly nie posyla. Bo - jesli juz inwestowac (zeszyt, dlugopis, itd.), to w chlopcow.
Robi sie ciemno. Wyciagam moja ostatnia swieczke, ktora przelamala sie na pol. Kiedy zapalam jej polowke, zbiega sie liczne rodzenstwo wpatrujac intensywnie w plomien.
- Moze zgasic, az sie zagotuje woda - sugeruje niesmialo Mohamed - aby zaoszczedzic, bo i tak nic nie robimy.
- Nie, nich sie pali. Przyjemnie ze swiatlem. - mowie, zdajac sobie nalge sprawe, ze brzmi to pewnie troche ekstrawagancko, a polowka mojej swieczki jest jedynym swiatlem w wiosce w te bezksiezycowa noc.
- Mohamed, ile dzieci ma twoj ojciec? - pytam z ciekawosci.
- Byc moze... okolo czternastu chyba - odpowiada niepewnie Mohamed.
Po chwili wylania sie z ciemnosci jedna z zon z ogromna miska. Wieczorny posilek. Wokol miski, do ktorej tez jestem zaproszona, zasiadaja: marabut, dwie zony, najstarsza, nastoletnia corka, oraz osiemnastoletni (wygladajacy na czternascie) Mohamed. Posilek sklada sie z ryzu. Samego, ugotowanego bialego ryzu, polanego odrobina oleju. Mlodsze rodzenstwo musi poczekac, az skoncza starsi. Postanawiam zostawic jutro rodzince marabuta wiekszosc przwiezionych przeze mnie z Gorom Gorom zapasow.

---------------------------------------------------

To tylko w skrocie opisany jeden dzien. A teraz... rozstalam sie juz z Tika. Pare osob pytalo ile kosztowal mnie wielblad. No wiec nie jest to tajemnica - zaplacilam za Tike w Burkinie dokladnie 500 Euro. Ale - okazuje sie, ze nie jestem najlepsza wielbladzia dealerka. Sprzedalam w Nigrze za mniej wiecej dwie trzecie ceny. Tak wiec rada dla wszystkich - nastepnym razem, kiedy bedziecie kupowac wielblada - kupcie go raczej w Nigrze i przejedzcie do Burkiny. A byc moze... byc moze to nie ma znaczenia, bo jako biali, tak czy siak stracicie. To znaczy liczac tylko pieniadze. Ale doswiadczenia, wspolnych chwil, nauki, uciechy, niespodzianek... nie da sie policzyc. I to juz zostanie. I to ciezko nawet opisac. Dziele sie wiec kilkoma przypadkowymi fotkami - bo nie mial ich kto nam razem robic... To na razie tylko z burkinskiej czesci. Z nigeryjskiej, oraz tego dnia, ktory opisuje w zalaczonym fragmencie - mam nadzieje, jutro.

 

Napisz komentarz (2 Komentarze)
Moja pierwsza zyrafa Drukuj E-mail
sobota, 11 marzec 2006

5 marzec
Po super intensywnych dniach podrozy z Tika, spedzam teraz dla kontrastu relaksujace dni w Niamey - calkiem przyjemnym, jak na stolice kraju miescie, gdzie pomiedzy glownymi asfaltowymi ulicami znadjuja sie uliczki pelne pomaranczowego piasku, a nad rzeka Niger pas zieleni i zyzne ogrodki. Wszyscy sie tu tez dlugo i kurtuazyjnie pozdrawiaja. Jesli chcesz kogos zapytac na przyklad o droge, wypada go najpierw pozdrowic, zapytac o zdrowie, rodzine oraz jak mija dzien. Kiedy chesz kupic pare tlustych placuszkow z prosa od ulicznej sprzedawczyni, nie podchodzisz i nie mowisz od razu: "Poprosze placuszkow za 50 frankow." Musi byc to poprzedzone zwyczajowym: "Dzien dobry, jak leci? W porzadku?" Oraz co najmniej jeszcze jednym pytaniem. Bylam juz pytana przy roznych okazjach: "Jak praca?" "Jak biznes?" "Jak dzieci?" - na co potwierdzalam za kazdym razem pogodnie, ze biznes oraz dzieci maja sie jak najlepiej, dziekuje. Gdy przechodze z Djibo po okolicy i spotyka licznych znajomych, za kazdym razem nastepuje podobna wymiana.
Po poludniu wybieram sie na internet, ale okazuje sie to frustrujacym doswiadczeniem, bo kilkukrotnie (podobno z powodu upalu) nastepuje przerwa w dostawie pradu i traci sie czesto napisany wlasnie dlugi kawalek tekstu. Ale miejscowi przyjmuja to z niezmaconym spokojem - widocznie to normalne.

6 marca
Poniedzialek. Kupuje troche paliwa do Djibo motocykla i jedziemy do ambasady Beninu w nadziei, ze moze tu dostane te wize pieciu krajow, ktora zawiera Niger i Burkine, wiec bede tu legalnie i bede tez mogla bez problemu wjechac z powrotem do Burkiny. Tu jednak odsylaja nas do biura spraw terytorialnych w centrum miasta. Po drodze motocykl lapie gume, wiec zostawiamy go do naprawy mocno sfatygowanej detki i bierzemy taksowke, ktora funkcjonuje tu troche jak busik, zabierajac i wysadzajac innych pasazerow po drodze i kosztuje grosze. W biurze pani urzedniczka ogladajac moj paszport dziwi sie, jak sie tu znalazlam, bez wizy i pieczatek ani stad, ani z graniczacych krajow. Tlumacze zgodnie z prawda, ze w miejscu, gdzie przekraczalam granice z wielbladem nie bylo urzednikow z pieczatkami. Dostaje do wypelnienia formularz, dolaczam dwa zdjecia, 25 tysiecy frankow i o siedemnastej moge przyjsc po wize. Rewelacja. Tak wiec rowniez Wybrzeze Kosci Sloniowej, Benin oraz Togo stoja przede mna otworem.
Poznym wieczorem siedzac przed chatka pytam Djiba o rozlegajace sie zza muru nieopodal glosne odglosy wykrzykiwanych recytacji. Djibo mowi, ze mozemy przejsc sie i sama zobacze - maloletnich uczniow jednej z wielu koranicznych szkolek. Przy mdlym swietle lampy naftowej siedza wprost na ziemi chlopcy w obszarpanych ubraniach, recytujac jednoczesnie kazdy inny kawalek koranu wyryty na drewnianej tabliczce, pod nadzorem najstarszego, nastoletniego ucznia. To czesto pochodzacy ze wsi chlopcy, w goracym i suchym okresie bez plonow, wysylani na nauki do miasta, oddawani pod opieke jednemu z marabutow. Pierwszym etapem jest pamieciowe opanowanie fragmentu Koranu. Potem faktycznie poznanie arabskiego alfabetu i nauczenie sie czytania danego fragmentu. Na koncu dopiero zrozumienie znaczenia. Chlopcy ci nie uczeszczaja jednoczesnie do zwyklych szkol, wiec nie naucza sie pisac i czytac w zadnym funkcjonalnym tu jezyku, podtrzymujac statystyki 85-cio procentowego analfabetyzmu w swoim kraju.
Wizyta tutaj pozwala mi spojrzec inaczej na rzesze zebrzacych na ulicach nigeryjskich miast i wiosek dzieci z miseczkami. Otoz nie sa to zwykli zebracy, a glownie uczniowie tych wlasnie koranicznych szkolek, ktorzy jedynie w ten sposob moga sie wyzywic. Czyli cos jak buddyjscy mnisi czy nowicjusze w poludniowo wschodniej Azji przemierzajacy ulice z zebraczymi miseczkami - z ta roznica, ze ci nie maja pomaranczowych szat.

7 marca
Niger to ogromny, pustynny, fascynujacy kraj. Najbardziej odwiedzanym przez turystow miejscem sa okolice starego pustynnego miasta Agadez odleglego o ponad piecset kilometrow stad. Nie mam jednak teraz ochoty na dluga meczaca podroz w upale, aby dotrzec dokads, gdzie miejscowi beda przescigac sie, aby wyslac mnie na pustynie z wielbladami, podczas kiedy wlasnie wrocilam z wlasnej niepowtarzalnej wyprawy z wielbladem. Postanawiam spedzic wiec jeszcze jeden dzien tu w Niamey i jutro wrocic do Burkiny.
Wybieram sie sama do centrum miasta w okolice "grand marche", czyli wielkiego targu. Przechodze uliczka miniaturowych zakladow krawieckich, z ktorych kazdy ma wywieszone przed wejsciem modele ubran przescigajacych sie fasonami i kolorami. Nie sa to jednak rzeczy na sprzedaz - a na pokazanie tylko. Trzeba przyjsc z wlasnym kawalkiem materialu, wybrac sobie model, ewentualnie dostarczyc wlasny, a stworza ci w okamgnieniu co tylko sobie zazyczysz. Tutejsze kobiety chodza na codzien w niesamowitych strojach. Dluga spodnica to raczej po prostu cos w rodzaju sarongu, zawiazany na biodrach kawalek batikowego materialu. Ale uszyte przewaznie z tego samego materialu do kompletu bluzki to juz istne dziela krawieckiej sztuki. Teraz juz wiem, dlaczego nie ma sklepikow z nimi, a na kazdym rogu spotyka sie sklepiki z teczowym wyborem batikowych materialow, roznoszonych tez przez sprzedawcow na glowach. Wedruje dalej po targu, zatrzymujac sie ze stoiskami z kasetami i plytami pytajac o CD z nigeryjska tuareska muzyka, ktora leciala nieustannie u Almoksina w Gorom Gorom. Niestety, tu sprzedaja tylko najpopularniejsze w tym momencie hity, a tuareska muzyka do nich najwidoczniej nie nalezy.
Wieczorem, siedzac jak zwykle na macie przed chatka Djibo na podworku jego rodziny, kiedy mowie, ze jutro chyba czas na mnie, dowiaduje sie, ze tu w Nigrze i to calkiem niedaleko, bo jakies piecdziesia kilometrow stad, mozna spotkac ostatnie w Zachodniej Afryce zyrafy na wolnosci. Nawet nie w zadnym parku narodowym, tylko po prostu, spacerujace sobie podobno, chronione, ale zupelnie wolne zyrafy. Natychmiast postanawiam wiec zmienic kierunek jutrzejszego wyjazdu i przed opuszczeniem Nigru odwiedzic ichniejsze zyrafy.

8 marca
Po wczesnym sniadaniu na piaszczystej uliczce, zegnam sie z rodzinka Djibo i opuszczam moja slomiana chatke. Djibo odprowadza mnie na taksowke do centrum miasta, bo nie naprawil jeszcze motocykla. Stamtad biore minibusik wywozacy mnie na glowna droge poza miasto. A tam, choc nie ma wiele ruchu, wkrotce lapie stopa. Mezczyzna, ktory mnie zabiera jedzie pareset kilometrow, az do granicy z Beninem. Ale ja tym razem tylko kawalek, jakies piecdziesiat kilometrow wzdluz drogi, do wioski Kure. Ciezko mi uwierzyc, ze moge zobaczyc zyrafy, tak po prostu, niedaleko glownej asfaltowej drogi w kraju. Ale moj kierowca potwierdza: - A tak, chodza tutaj, czasem przechodza przez droge. Wysadza mnie przy znaku oznajmiajacym, ze ostatnie zachodnioafrykanskie zyrafy witaja mnie i zycza milego pobytu. Tu zostaje zaprowadzona pod okragly daszek, gdzie mezczyzna w zielonym uniformie wita mnie milo i wyjasnia zyrafia procedure. Otoz musze wykupic bilet za okolo trzy Euro, z ktorego zakupu fundusze ida na ochrone zyraf. Po czym zostanie mi przydzielony przewodnik, ktory zaprowadzi mnie do zyraf, bedziemy musieli znalezc transport, ktory zawiezie nas kawalek stad, po czym przewedrujemy pare kilometrow w poszukiwaniu zyraf. Przewodnikowi zaplace tyle, ile bede uwazala za stosowne. Brzmi calkiem w porzadku. Wykupuje wiec bilet i wraz z nim otrzymuje ulotke informujaca, ze jeszcze w dziewietnastym wieku region od Nigru az do Senegalu zamieszkaly byl przez setki, jesli nie tysiace zyraf, ale z powodu polowania, klusownictwa, oraz zwiekszenia terenow uprawnych zostaly one prawie doszczetnie wytrzebione i w 1996 roku zostalo tylko 50 zyraf - wszystkie tutaj, w tym regionie. Teraz, dzieki pracy stowarzyszenia dla ochrony zyraf ich populacja wzrosla do ponad 130. Dzis mam nadzieje spotkac przynajmniej kilka. Moj przewodnik, symatyczny prosty czlowiek z tych okolic, doradza zaopatrzec sie w wode przed wyruszeniem. Kupuje wiec od dziewczynki dwa woreczki wody z tutejszej pompy, z ktorych jeden wypijam, drugi wlewam do butelki i wyruszamy. Przewodnik znajduje auto, ktore za niewielka oplata podwozi nas parenascie kilometrow, ciagle wzdluz glownej drogi. Kiedy wysiadamy, skrecamy i przechodzac przez niewielka wioske z gliniano slomianych okraglych chatek i spichlerzow na proso, wedrujemy na przelaj wglab wysuszonego pustkowia, porosnietego krzakami i z rzadka drzewami. - Potrafisz daleko wedrowac? - pyta.
- Oczywiscie, ze potrafie. Bez duzego plecaka, nie ma problemu.
- Ale w tych butach? Musi sie ciezko chodzic... - przewodnik patrzy powatpiewajaco na moje obute stopy. Sam porusza sie lekko i sprawnie w samych prostych klapeczkach, jak wiekszosc Afrykanczykow.
- A nie, buty sa w porzadku. Wcale mi nie przeszkadzaja.
- Skoro tak twierdzisz...
Wedrujemy wiec dziarsko i faktycznie, musze sie sprezac, aby dotrzymac mu kroku. Wedrujemy jakies moze trzy, moze cztery kilometry i przewodnik stwierdza, ze wkroczylismy wlasnie w okolice gdzie w tym momencie moga przebywac zyrafy. Trzeba sie bacznie rozgladac. Dzisiaj nie widac slonca, wieje lekki wiatr i cala okolica zasnuta jest unoszacym sie w powietrzu pustynnym pylem, ktorego namacalnie nie widac, ale znacznie ograniczona jest widocznosc, a przestrzen nabiera dziwnie brazowatego koloru. Wytezam wiec wzrok i podazamy dalej, juz nie wzdluz piaszczystej sciezki, a po prostu na przelaj.
- Dobrze, bo przynajmniej nie jest tak goraco. Ze sloncem byloby nie do wytrzymania. - mowi przewodnik.
- No, do zdjec srednio dobrze, krajobraz jak za mgla... - ja widze wszystko z innej perspektywy.
Ale zobaczymy, czy w ogole bede miala co fotografowac. Bo wedrujemy kolejne moze pol godziny, a zadna dluga szyja nie wylania sie z zasnutej pylem kolejnej kepy krzakow. Napotykamy jednak dziewczynke wraz ze stadem bydla i moj przewodnik zagaduje ja w miejscowym jezyku. Dziewczynka odpowiada i pokazuje reka za siebie. Podazamy kawaleczek w tym kierunku. Jest! Moja pierwsza afrykanska zyrafa! Na zupelnej, nieograniczonej wolnosci, skubiaca sobie nonszlancko liscie wysokiego drzewa, nie zwracajac na nic, ani na nikogo uwagi. Wielka, potezna zyrafa. A tak naprawde, to "on" - zyraf.

 


- Masz szczescie - oznajmia moj przewodnik - trafilas na najokazalszego, najwiekszego osobnika ze stada. Nie ma wiekszych zyraf niz ten tutaj.
A gdzie reszta stada? Tego nie wiadomo. Dziewczynka widziala dzis tylko tego jednego osobnika. Ale to mi poki co wystarcza. Wpatruje sie oniemiala w ten dlugoszyi cud natury. Podchodze powoli i bezglosnie coraz blizej. Na to zyrafa odrywa sie od skubania i zaczyna obserwowac mnie czujnie. Po chwili decyduje sie zmienic drzewo. Nie wiedzialam wczesniej (na przyrodniczych filmach chyba nie zwrocilam nigdy uwagi), ze zyrafy chodzac podnosza na raz zawsze dwie nogi z jednej strony ciala. Podazam za zyrafa, w nienahalnej odleglosci i siadam pod krzakiem nieopodal, calkiem blisko, moze jakies dziesiec metrow - taka odleglosc zyrafa toleruje i stwierdziwszy, ze jestem niegrozna, wraca do lisciastego posilku, wysuwajac dlugi jezyk manewrujacy sprawnie pomiedzy kolcami drzewa.
Przewodnik daje mi spokojnie nacieszyc sie tym spektakularnym widokiem, pofotografowac i spedzic z zyrafa tyle czasu ile mam ochote. W drodze powrotnej stwierdza, ze rzeczywiscie, wedruje jak Afrykanka, bo on sam zmeczony jest ta kilkukilometrowa przechadzka. A kiedy docieramy z powrotem pod daszek przewodnikow, nie moze sie nadziwic, ze po prostu wychodze z plecakiem na droge i wedruje, albo czekam, az cos mnie zabierze.
Tutaj, pomimo ze to glowna droga w Nigrze, tylko naprawde z rzadka cos przejezdza. Kiedy nadjezdza mezczyzna na rowerze, mowi ze jesli chce moze podwiezc mnie ze dwa kilometry do pobliskiej wioski, tam przynajmniej moge znalezc cos do jedzenia. Dobry pomysl, bo po zyrafiej przechadzce calkiem zglodnialam. Wsiadam wiec z plecakiem na chwiejny bagaznik roweru i w wiosce kupuje dla siebie i dla milego pana miseczke ryzu z sosem z pikantnym sosem z orzeszkow ziemnych. Stad po niedlugim czasie zabiera mnie ciezarowka z czterema mezczyznami w kabinie, ale znajduje sie i dla mnie miejsce. Piecdziesiat kilometrow z powrotem do Niamey pokonujemy chyba w dwie godziny, ze wzgledu na liczne kontrole policyjne, urzedowe, celne, itd. po drodze, przy ktorych trzeba sie zatrzymac i kierowca za kazdym razem musi dac urzednikom zwyczajowa lapowke, aby kontynuowac dalej. - Widzisz, to nie tak jak u was w Europie. Tu nawet jesli wszystkie papiery masz w porzadku i tak musisz dac w lape.
Kiedy docieramy na obrzeza Niamey, zatrzymuja sie i mowia, ze stad zlapie juz sobie do centrum taksowke. Ale ja oczywiscie lapie stopa, tutaj juz natychmiast, bo pod miastem jest wiekszy ruch. - Do Burkiny chcesz jechac? Dzisiaj? Lepiej przenocuj tutaj. Jesli nie masz gdzie, mozesz u mnie. I wyruszysz sobie z rana. - mowi moj kierowca, mlody mezczyzna. A ze dobrze mu z oczu patrzy, zgadzam sie, ze pewnie to lepsza opcja.
Zajezdzamy wiec pod brame w jednej z piaszczystych uliczek niedaleko centrum. A za brama - mila niespodzianka. Prosty, ale jakze nowoczesnie wygladajacy dom. To dom wujka mojego kierowcy, u ktorego mieszka. Wujek jest prawnikiem. On architektem. Stad lepszy standard mieszkania. Jest nie tylko elektrycznosc (po kilku dniach w slomianej chatce u rodzinki Djibo wydaje sie to luksusem), ale i pol-europejsko wygladajacy pokoj z dywanem i nawet komputerem. Jest prawdziwa lazienka, w ktorej - cos o czym juz prawie zapomnialam - prawdziwy prysznic. Z zimna oczywiscie tylko woda, ale w tym upale to nie ma znaczenia. W kazdym razie - prawdziwy prysznic, z ktorego po odkreceniu kurka tryska wspaniale woda. Nie pamietam kiedy ostatnio korzystalam z czegos takiego... chyba w Bamako w Mali, a ostatnie pare tygodni, kapiel oznaczala wiadro wody i naczynko do polewania w czterech sciankach w zakurzonym rogu jakiegos podworka.
Tak ze dzisiejszy dzien kobiet pelen jest milych niespodzianek - zyrafa, kilka przyjemnych stopow i na koniec nocleg z prawdziwym prysznicem.

 

Napisz komentarz (7 Komentarze)
Amadou & Mariam Drukuj E-mail
poniedziałek, 13 marzec 2006

Kochani,
Amadou i Mariam to para niewidomych malijskich piosenkarzy. To miedzy innymi ich muzyka zainspirowala Kati do przyjechania do Zachodniej Afryki, po tym jak uslyszala ich podczas kameralnego koncertu w Nowym Jorku. Na festiwalu w Segou, w Mali nad rzeka Niger mialysmy okazje zobaczyc i uslyszec Amadou i Mariam na zywo.
Teraz, z ich  strony http://www.amadou-mariam.com/ wynika, ze beda goscic wkrotce w Warszawie. Jesli tylko macie okazje - to wybierzcie sie koniecznie! I chociaz nie mialam okazji z nimi osobiscie porozmawiac, jesli Wam sie uda - pozdrowcie ode mnie i Kati!

 

17/03/2006 : VARSOVIE
salle : Paladium

Napisz komentarz (3 Komentarze)