Strona główna arrow Moja Afryka arrow Burkina Faso
Przekorny Tika Drukuj E-mail
sobota, 25 luty 2006

Wiec ok, mam wielblada. Ale... zajmie pewnie troche czasu zanim bede mogla powiedziec, ze jestesmy prawdziwymi przyjaciolmi. Tutaj ludzie traktuja wielblady, a wlasciwie wszystkie zwierzeta w bardzo utalitarny sposob - wielblad jest glownie srodkiem transportu, powoli zastapianym przez motocykl, nawet wsrod populacji miejscowych Tuaregow. Nikt nie zaprzyjaznia sie ze zwierzetami, wiec Tika tez nikomu naprawde nie ufa, ani z ludzmi sie nie przyjazni. Owszem, wstanie, usiadzie, ruszy, skreci w lewo, w prawo, ale nawet do tego czasem trzeba uzyc troche sily. A ja... traktuje go chyba ciut zbyt delikatnie. Ale powoli, powoli, ucze sie wielbladzich sztuczek, przymocowujac siodlo co rano i jadac z Tika poza wioske, zostawiajac go tam aby posilil sie liscmi z pustynnych krzakow, dogladany przez niewolnika mojego tuareskiego przyjaciela. A po poludniu siodlam go znowu i przyprowadzam z powrotem na podworko. Dwa dni temu, z miejscowymi przyjaciolmi sprawilismy Tice kapiel, szorujac go dokladnie, aby stal sie czysciutki, prawdziwie bialy. Ale nastepnego dnia, kiedy przyszlam po niego po poludniu na skraj pustyni, ledwo poznalam mojego wlasnego wielblada - umyslnie polozyl sie i wytarzal w popiele ogniska, tak ze nie jestem pewna juz czy mam bialego czy ciemnoszarego wielblada. Stwierdzilam, ze nie ma sensu myc go wiecej, wiec otrzepalam go tylko, a dzis oczywiscie zrobil dokladnie to samo.
Ale nie trace nadziei, ze zaczniemy sie wkrotce rozumiec. Czuje, ze tak naprawde naucze sie najwiecej po prostu w drodze i bylam juz gotowa ruszyc jutro. Ale jutro akurat jest swieto nadania imienia nowonarodzonemu dziecku najlepszego przyjaciela mojego przyjaciela, wiec zostane chyba w Gorom kolejny dzien i sprobuje wyruszyc w niedziele z samego rana.

Napisz komentarz (6 Komentarze)
biały wielbł±d ... Drukuj E-mail
poniedziałek, 20 luty 2006

Nie zdawalam sobie nawet sprawy jakie przygody czekaja mnie tutaj, kiedy pozegnalam Kati w Oagadougu. Myslalam, ze Burkina Faso bedzie tylko 'przejazdowym' mniej wiecej krajem w drodze do Nigru, gdzie umowilam sie luzno z Rebeka. Opuszczajac stolice nie mialam jeszcze od niej wiadomosci od kiedy rozstalysmy sie w Mali, ale podazalam powoli stopem wzdluz mniej uczeszczanej drogi w strone nigerskiej granicy. A tutaj na polnocy kraju, moja uwage odwracal co jakis czas przejezdzajacy na wielbladzie Tuareg. Tak, wlasnie przejezdzajacy, nie prowadzacy wielblada, ale jadacy samotnie nie wiadomo skad i dokad, w turbanie, dostojnych szatach i z mieczem... Cos o czym marzylam, a co okazalo sie nie mozliwe w Maroku, gdzie wielblady potrafia tylko podazac za przewodnikiem. - Chodz, zabiore cie moim motocyklem do Gorom Gorom, jutro jest dzien targowy, tam mozesz kupic wielblada. - powiedzial mi miejscowy chlopak z dredami w miasteczku na polnocy Burkiny. Targ byl fascynujacy, z kolorowo ubranymi ludzmi z wielu roznych grup etnicznych przybylymi z bliska i z daleka, pieszo, wozami zaprzezonymi w osiolki, ciezarowkami, lub na wielbladach. Owszem, byly wielblady na sprzedaz, ale wszystkie biale byly mlode, jeszcze nie trenowane. A jedyny duzy, dobrze wytrenowany nie byl bialy. Ale... nastepnego dnia znowu znalazlam sie na motocyklu, z miejscowym Tuaregiem jadacym okolo 50 kilometrow przez pustkowie do swojej wioski. Dluga historia, ale w skrocie - motor popsul sie po drodze, kontynuowalismy pieszo, spedzilismy noc z tuareska rodzinka, nastepnego dnia ludzie poprzyprowadzali swoje wielblady. I... tak - w koncu - jestem szczesliwa posiadaczka okazalego, bialego wielblada! Kati miala nadzieje, ze nazwe mojego wielblada jej imieniem. Ale... nie moglam jakos tego zrobic. Kati jest zbyt wyjatkowa i zadne zwierze, nawet moj wspanialy wielblad nie bedzie mial tak na imie - bo to nie to samo. Ale, na jej czesc, przestawilam tylko dwie sylaby i ochrzcilam mojego wielblada 'Tika'. Nie wiem kiedy bede w stanie wrzucic na strone zdjecia, bo tutaj maja polaczenie internetowe, ale tylko wieczorami, powolne i drogie. Wiec prawdopodobnie dopiero w Nigrze - dokad wybieram sie wkrotce razem z Tika - jak tylko naucze sie mniej wiecej samodzielnej obslugi wielblada. Byc moze Rebeka przylaczy sie do mnie... W kazdym razie - w zakurzonej wiosce Gorom Gorom czuje sie jak w domu, Burkina Faso jest jednym z najbardziej przyjaznych krajow w jakim bylam, moj wielblad skubie wlasnie liscie z drzewa na piaszczystym podworku u miejscowego przyjaciela Tuarega - jednym slowem - zycie jest piekne...

 

Napisz komentarz (6 Komentarze)
sama w Oagadougu Drukuj E-mail
sobota, 11 luty 2006

No to jestem juz w kolejnym afrykanskim kraju - Burkina Faso. I... juz zupelnie sama. Bo Rebeka odbila w swoja strone juz w Mali, w poszukiwaniu swojego Tuarega i od tej pory sie nie odezwala. A Kati wczorajszej nocy wsiadla do samolotu, najpierw do Maroka, gdzie spedzi pare dni i potem poleci do siebie, tzn. do Nowego Jorku i za chwile do Ekwadoru, gdzie przewaznie mieszka jak nie podrozuje.

Tak wiec jestem sama, ale musze przyznac, ze mam szczescie do spotykania na swojej drodze wyjatkowo ciekawych ludzi, szczegolnie samotnie podrozujacych dziewczyn, choc nie przypuszczam, ze jest ich az tak wiele w okolicy.z Agnes w jej ciezarowce Na festiwalu w Segou spotkalysmy kolejna - Francuzke, Agnes, ktora podrozuje swoim domem-ciezarowka i robi najwspanialsza rzecz, o jakiej slyszalam - rozstawia w malych afrykanskich wioskach ukradziony z McDonalds'a dmuchany zamek. Stwierdzila, ze przyniesie on znacznie wiecej radosci i pozytku tutaj. A na scianie swojej bialej ciezarowki wyswietla filmy - gdzie w wioskach bez elektrycznosci musi byc to niezla atrakcja. A filmy wyswietla w miare mozliwosci lokalne, afrykanskie. Agnes zabrala Kati i mnie ta wlasnie niepozornie z zewnatrz wygladajaca, ale niesamowita ciezarowka - z Mali do Burkiny Faso.

Pozdrawiam goraco z super goracego Oagadougu! I zapraszam do obejrzenia zdjec z Mali - jest kilka nowych albumow, ktore opowiadaja to, czego nie daje rady opisac.

Napisz komentarz (1 Komentarze)