Strona główna arrow Moja Afryka arrow Mali
tyle sie dzieje... Drukuj E-mail
niedziela, 05 luty 2006

Oj, tyle sie dzieje, ze nie wiem nawet od czego zaczac. A i tak wszystkiego teraz nie opisze. Tzn. czasem tyle sie dzieje, a czasem utyka sie na dwa dni posrodku pustkowia nie mogac zrobic nic innego jak tylko czekac z nadzieja, ze kiedys cos przejedzie. Tak bylo po tym, jak z Timbuktu zalapalysmy stopa z dluga drewniana lodzia pelna ryzu, przez dwa dni rzeka Niger. Do 'miasteczka', w ktorym owszem maja lampy na trzech piaszczystych uliczkach, ale elektrycznosc pojawia sie tylko wtedy, kiedy przyjezdza minister. W kazdym razie po dwoch dniach jechal przez pustynie do cywilizacji pickup, na ktorego pake z czternastoma miejscowymi ludzmi udalo nam sie zabrac. I przejchawszy znowu przez pol kraju, dotrzec do Segou, gdzie bawimy sie wlasnie trzeci dzien do rana na festiwalu muzycznym nad Nigrem. Zdjecia i szczegoly z Timbuktu, z rzeki, pustynii, wiosek, festiwalu, itd. moze jakos pozniej. Aha - stad ruszamy wkrotce z Kati do Burkiny Faso, skad niestety, Kati odlatuje juz do siebie... Rebeka jedzie sama na odlegla polnoc Mali w poszukiwaniu meza Tuarega. A jesli nie znajdzie, spotkamy sie moze w Nigrze, kupimy wielblady, albo motocykle i zobaczymy co dalej...

Napisz komentarz (6 Komentarze)
pare dni z malijskiego pamietnika Drukuj E-mail
wtorek, 24 styczeń 2006

OK, udalo mi sie opisac pare dni ostatnich dni bezposrednio na komputerze, wiec zamieszczam ponizej. Nic az tak rewelacyjnego sie podczas tych dni akurat nie wydarzylo, choc kazdy dzien pelen jest malych cudow ciezkich do opisania. Jesli kogos nie przeraza dlugosc tekstu i interesuja codzienne szczegoly - zapraszam.

Aha - a anglojezycznych zapraszam na zerkniecie na ang. wersje, gdzie Kati dzieli sie swoja relacja, skrocona, z kilku tygodni, ale pieknie opisana.

--------------
19 styczen
Rzeczywiscie, udaje nam sie wstac o swicie, znalezc stoisko z bagietkami i fasolka na sniadanie i zobaczyc wschod slonca stojac juz przy drodze. Znowu powoli, troche wedrujac, troche czekajac, troche podjezdzajac po kawalku od jednego niewielkiego miasteczka czy wioski do drugiego. Po drodze mijamy proste, okragle chatki z patykow czy czasem z gliny, biegajace wokol nich beztroskie dzieci, kobiety noszace plastikowe pojemniki z woda i wozy zaprzezone w jednego, a czasem w trzy osiolki.
Jeden z kolejnych stopow wysadza nas w miejscu, gdzie jest tlumnie i kolorowo. Nie jest to nawet miasteczko czy wioska, a po prostu spory, tetniacy zyciem, prawdopodobnie cotygodniowy targ. Zanurzamy sie w otchlan kolorow i nie wiem co mam najpierw robic - patrzec, smakowac, czy fotografowac, czy wszystko jednoczesnie. Kupuje na droge pare pomaranczy z jednej z rozlozonych na ziemi pomaranczowych stert. Na teraz goraca, pieczona kukurydze i przysiadam na stoisku, gdzie Kati zamawia omlet. Jest to dobry punkt do obserwacji, w samym srodku targu, gdzie przechodza wokol kobiety w sukienkach i szatach o ekstrawaganckich kolorach i dopasowanych do nich ogromnych nakryciach glowy zrobionych z pozawiazywanego wymyslnie materialu. Nasyciwszy oczy i zoladki, wychodzimy dalej na pustawa droge, gdzie wiecej wozol z osiolkami niz aut. Ale zabiera nas czlowiek jadacy do rozdroza. On skreca w lewo, a w prawo odbija droga juz prosto do granicy Mali. Z tym ze tutaj... naprawde nie przejezdza juz raczej nic. Tzn. nic oprocz obladowanych maksymalnie towarami i wypelnionych miejscowymi pasazerami busikow. W miejscu gdzie zostajemy wysadzone, kilkoro ludzi czeka wlasnie na taki busik. Przejechalysmy pareset kilometrow przez Senegal wylacznie stopem, a teraz - jesli chcemy zdazyc na jutrzejszy koncert w Bamako, a Kati naprawde zalezy - moze powinnysmy zabrac sie do granicy takim busikiem. Prawie nie mamy wyboru zreszta, bo kiedy podjezdza jeden, aby zabrac tych czekajacych miejscowych, zarzadzajacy bagazami i pasazerami chlopak bez pytania zabiera nasze plecaki i zaczyna umocowywac je na dachu, na samym wierzchu sterty innych tobolkow, ktora wysokoscia przewyzsza busik. Ale z tego co widzimy, busik wypelniony jest scisle po brzegi.
- Zaraz, zaraz...
- ...., granica - wsiadajcie. - popedza nas bagazowy. - 1500 Frankow od osoby.
- To duzo. Poza tym nie ma tu miejsca.
- OK, 1200. A miejsce zaraz sie znajdzie, wsiadajcie, bo odjezdzamy.
Wsiadamy przez otwarte tylne drzwi. Rebeka wciska sie pomiedzy matke karmiaca piersia czarne niemowle i innych pasazerow na laweczce. Ja przysiadam sie tuz obok, wraz z innymi na worku maki, a Kati dostaje sie miejsce tuz przy otwartych tylnych drzwiach, przy ktorych uczepionych jest na stojaco na zewnatrz kilku chlopakow. W ten sposob przemierzamy ostatnie paredziesiat kilometrow Senegalu. A wrazen z wnetrza busiku nie da sie tak naprawde opisac, sfotografowac, czy nawet sfilmowac, bo tego trzeba doswiadczyc.
Wysiadajac w przygranicznym miasteczku postanawiamy zignorowac posterunek policji, gdzie powinnysmy dostac pieczatki wyjazdowe i udac sie prosto do Mali. Tak na wszelki wypadek, bo Kati zamazala co prawda profesjonalnie adnotacje na mojej senegalskiej pieczatce, wspominajaca o odmowie wstepu z powodu braku wizy, ale kto wie - zawsze moga zaczac sie dopatrywac... Jednak idac zakurzona uliczka w strone granicznego mostu, zostajemy zatrzymane przez senegalska straz graniczna, ktora zada paszportow.
- Nie macie pieczatki wyjazdowej? Musicie wrocic, na poczatku miasteczka jest posterunek policji, tam dostaniecie.
No to nie mamy wyboru. Wleczemy sie w upale na posterunek. A tam - mile zaskoczenie - urzednik o nic nie pyta, nie wnika nawet w to, ze nie mam wizy i wbija nam po prostu pieczatki wyjazdowe. Wracamy, przechodzimy pieszo przez dlugi, graniczny most przed ktorym stoi niemrawo w bezruchu dluga kolejka ciezarowek, a ich kierowcy wygladaja jakby stracili nadzieje na szybki przejazd, bo wiekszosc spi rozlozona na matach w cieniu bezposrednio pod ciezarowkami, albo parzy herbate na gazowych kuchenkach. W plytkiej o tej porze roku rzece pod mostem miejscowe kobiety robia pranie rozkladajac ubrania i chusty do wysuszenia na skalach jak kawalki kolorowego paczworku, a nadzy czarni chlopcy taplaja sie w wodzie.
Tu za mostem zaczyna sie juz Mali i gdzies w poblizu musi znajdowac sie malijski punkt graniczny, ktory tez chcemy ominac, bo tym razem to Rebeka nie ma malijskiej wizy. Okazuje sie, ze punkt kontrolny jest przy drodze poza miasteczkiem, ale wedrujemy po prostu przed siebie, a dochodzac do niego, skrecamy do rozlozonych nieopodal budek i straganow z przekaskami udajac, ze cos kupujemy i wychodzimy na droge kawalek dalej, idac do przodu i nie ogladajac sie za siebie. A ja nie moge oderwac oczu od grubych, majestatycznych baobabow porastajacych okolice. Trafilysmy na rzadki baobabowy las. Zabiera nas kawalek jakas robocza ciezarowka, a potem prawie od razu dwaj mezczyzni jadacy prosto do Kayes Jada calkiem niezlym autem, a droga jest tez zaskakujaco dobra, nowa chyba, lepsza niz wiekszosc polskich. Nie tak wyobrazalam sobie jeden z najbiedniejszych krajow swiata gdzies w srodku zachodniej Afryki. Ale zobaczymy jak dlugo. Kiedy po paru godzinach docieramy do Kayes robi sie juz ciemno, ale postanawiamy sprobowac zajechac dzis najdalej jak sie da, aby dotrzec na ten jutrzejszy koncert. I o dziwo, w ciemnosci, poza miastem, nie czekamy nawet dlugo. Zabiera nas mezczyzna jadacy... nie wiem nawet dokad, w kazdym razie do przodu. W aucie wszystkie przysypiamy i nie wiem nawet ktora jest godzina, ani gdzie sie znajdujemy, kiedy nas wysadza przy jakims zupelnie ciemnym zakurzonym placyku, gdzie przy mdlym swietle latarek i prowizorycznych lampek rozlozonych jest kilka stoisk z jedzeniem. Zajmiemy sie wiec najpierw kolacja, a potem pomyslimy co dalej.
Przyswiecajac moja latarka zagladamy w garnki i miski jednej z kobiet i znajdujemy ryz, gotowana fasolke bez miesa, a do tego kobieta robi nam nawet szybko salatke z salaty i pomidorow. Tego tez sie tutaj nie spodziewalam... Po tak milej kolacji rozgladamy sie wokol. Troche na prozno bo i tak nic poza ciemnoscia nie widac. Nie ma za bardzo gdzie sie tu przespac, wiec moze powinnysmy sprobowac wykorzystac te noc na przyblizenie sie na tyle na ile sie da do Bamako. Wiem, ze jestesmy posrodku ciemnego pustkowia gdzie zero ruchu, ale nie w takich warunkach lapalo sie stopa... Zaparkowana jest nieopodal wielka ciezarowka. Zagadujemy jednego z czarnych chlopakow, ktory wlasnie sie spod niej wyczolguje usmarowany czarnym smarem.
- Jedziecie do Bamako?
- Tak, ale ciezarowka jest bardzo, bardzo powolna.
- Nieszkodzi, i tak nie ma innych opcji. Zabierzecie nas?
- Ile placicie?
- Nic. Jedziemy stopem.
- Ile was jest? Trzy dziewczyny?
- Nie zajmujemy duzo miejsca...
- Dobra. Dajcie plecaki, wczucimy na pake.
Bo okazuje sie, ze ich jest juz w kabinie czterech. Ale siedem osob tez sie spokojnie miesci. Usadawiamy sie wiec na lozku w kabinie i przygotowujemy na dluga noc... Droga do tej pory byla gladka, ale teraz zaczynaja sie wyboje. Mohamed (tak, kolejny Mohamed, ale tylko jeden z tych czterech) mial racje - ciezarowka wlecze sie bardzo powoli. Ale i tak szybsze to niz przespanie sie na zakurzonym placyku. Przytulamy sie skulone z Kati usilujac troche sie zdrzemnac. Jest cieplo, miekko, nie ma przestrzeni na wyciagniecie nog, ale nie ma co narzekac.

20 styczen
Rzeczywiscie, musialam przespac pare godzin, przebudzajac sie tylko sporadycznie z niewygody, bo kiedy zatrzymujemy sie, jest juz podobno piata rano, choc wyglada ciagle na srodek nocy. W miejscu gdzie sie zatrzymujemy, stoi ciag ciezarowek, busikow i aut. Okazuje sie, ze to jakies miejsce ze szlabanem na drodze, ktory otwiera sie o siodmej rano. Dziekujemy chlopakom za podwiezienie, zabieramy plecaki i pod budka straznikow znajdujemy zadaszenie z pustym, obszernym lozkiem, jakby czekajacym na nas. Rozkladamy sie tam i przesypiamy do rana.
Okolo siodmej nie jestesmy bynajmniej wyspane, ale wstajemy slyszac halas odjezdzajacych pojazdow. Tym razem uliczne stoisko oferuje wylacznie kawe z mlekiem oraz bagietki z majonezem. Posila sie tylko Kati, ja jakos nie jestem glodna. Przy stoisku zagadujemy mezczyzne w eleganckich afrykanskich szatach, ktory zaparkowal nieopodal auto wraz z zona i coreczka. Owszem, jedzie do Bamako. Waha sie przez chwile, ale w koncu zaprasza do auta. Wrzucamy plecaki do zakurzonego bagaznika i usadawiamy sie na tylnim siedzeniu.
Okazuje sie, ze szlaban oddzielal nie najlepsza droge od prawdziwych bezdrozy. Tu prowadza jedynie wyjezdzone sciezki. Chyba za wczesnie pochwalilam wczoraj malijskie drogi. Ale auto, choc nie ma napedu na czteru kola, niezle sobie radzi, sunac i wzbijajac tumany pomaranczowego pylu. Nie jest to dlugi dystans, ale przy takich drogach wydaje sie nieskonczenie dluzyc. Na szczescie nie musimy martwic sie juz o kolejnego stopa. Po drodze mezczyzna opowiada nam po francusku troche miejscowych historii i nie omieszka zaznaczyc, ze pochodzi z krolewskiego rodu, a jego dziadek zalozyl Kayes. Dziadek, ktory mial jedenascie zon i siedemdziesioro dzieci. Droga jest dluga i meczaca, wiec kierowca zarzadza przerwe w jakiejs wiosce pod drzewem ze sterta arbuzow. Przerwe arbuzowa wlasnie. A po arbuzie on oraz zona z wytatuowanym podbrodkiem i rytualnymi bliznami na ramieniach klada sie na macie przy stoisku na drzemke, a kilkuletnia, nie usmiechajaca sie coreczka wczolguje sie pod chuste mamy i tez zasypia.
W koncu, z paroma jeszcze przystankami, docieramy do Bamako, legendarnej stolicy Mali. Kierowca mowi, ze odstawi nas gdzie tylko chcemy, ale najpierw zawiezie nas na chwile do swojego domu na obrzezach miasta. Tam, na podworku z ogromnym drzewem mangowym wita ich radosnie liczna rodzina. Synowie na polecenie ojca wydobywaja z baganika nasze plecaki pokryte gruba warstwa pylu. Klada je posrodku podworka i miotelka, a potem mokra szmatka zaczynaja je energicznie czyscic. Zostajemy zaproszone do usiascia na krzeslach w cieniu drzewa. Obserwujemy w podziwie jak gromadka dzieci krzata sie, przynoszac reszte bagazy. Starsi chlopcy zaczynaja myc auto, a mlodszy czyscic ojcu buty. Niemrawa podczas drogi dziewczynka, teraz naprawde sie ozywia, glownie na widok polnagiego, mlodszego od siebie chlopczyka, byc moze kuzyna, z ktorym zaczynaja zabawe w toczenie po podworku i bieganie za zielona pomarancza. Kierowca bierze prysznic, przebiera szaty i mowi, ze mozemy ruszyc. Ogromnie dziekujemy i prosimy o wysadzenie nas przed 'Maison de June', czyli schroniskiem mlodziezowym.
Trafilysmy wlasnie na zaczynajace sie Swiatowe Forum Socjalne, ktorego czesc uczestnikow z roznych stron swiata tez jest tu zakwaterowana i w roznych czesciach miasta odbywaja sie konferencje. Wszystkie pokoje z lozkami sa zajete, ale znajduje sie jeden spory, pusty, z dwoma materacami na podlodze. Pasuje. Zaspakajamy najpierw najpilniejsze potrzeby - czyli zmycie z siebie warstwy kilkudniowego kurzu. Ubrania wypierzemy juz jutro. No wiec hurra - dokonalysmy kolejnej ledwo mozliwej rzeczy, zdazylysmy w kilka dni stopem do Bamako - prosto idealnie na koncert.
Nie musimy dopytywac sie i szukac, kiedy tylko wychodzimy odswiezone na zewnatrz, juz o zmierzchu, zaopiekowuje sie nami natychmiast trzech miejscowych mlodych chlopakow, dwoch z dredami, ktorzy oferuja zaprowadzic nas do miejsca, gdzie mozemy dostac bilety, cos zjesc, a potem na sam koncert. Propozycja nie do odrzucenia. Prowadza nas do znajomego dealera biletow, gdzie oczywiscie przeplacamy, ale nie sa to ogromne kwoty - niecale cztery Euro. Przed stadionem tloczy sie tlum podekscytowanych mlodych ludzi oraz kobiet z koszami transportowanych na glowie przekasek, obranych pomaranczy, orzeszkow ziemnych, gotowanych jajek, smazonych rybich glow, napojow, itd. Ustawiamy sie w kolejce do wejscia. Na stadionie siadamy wyczerpane na betonowej laweczce posrod modnie ubranej entuzjastycznej malijskiej mlodziezy i wpatrujemy sie w oswietlona scene z napisem 'Africa Reagge Festiwal'. Tlum glosno wiwatuje, kiedy pojawia sie prowadzacy i otwiera impreze. Pierwsze pare kawalkow jest dosc rozczarowujace, bo nie pojawia sie jeszcze zaden prawdziwy zespol, tylko leci afrykanskie reagge ze sprzetu, do ktorego spiewaja wykonujac akrobacje na scenie miejscowi rastamani przy wiwatujacej publicznosci. My po kilku dniach drogi i malo przespanych nocy jestesmy zbyt zmeczone... Postanawiamy zdrzemnac sie na lawkach w pustej, bocznej czesci stadionu. Probujemy, choc niezbyt dlugo, bo choc jest w miare cieplo, ale w letnich koszulkach na betonowych lawkach jednak marzniemy. Wracamy w srodek publicznosci, ale wycienczone podroza nie damy rady. Kiedy tuz przed polnoca bierzemy taksowke z powrotem do schorniska, widzimy, ze impreza dopiero zaczyna sie rozkrecac, a klebiacy sie przed stadionem tlum jest jeszcze wiekszy niz ten wewnatrz.

21 styczen
Dzis dopiero porzadnie sie wysypiamy. Delektujemy sie mozliwoscia i sama czynnoscia prania ubran. Taka prosta rzecz, a cieszy. Czyste i wypoczete idziemy z Kati przywitac za dnia nowe miasto. Rebeka juz tu byla, wiec wybiera sie na pare odczytow forum socjalnego. Po pustynnej Mauretanii, Bamako wydaje sie tropikalnym rajem. Rosna wokol mangowe drzewa z dojrzewajacymi wlasnie owocami, a kolorowiej niz gdziekolwiek indziej ubrane kobiety sprzedaja na ulicach schlodzone kawalki manga i ananasow w plastikowych torebkach. Podziwiajac na te kobiety, czesto niosace swoje towary na glowach, nie moge napatrzec sie na wystajace z przodu czarne stopki rozkraczonego malucha przywiazanego zwyczajowo chusta na plecach. Na targu czarnej magii trafiamy na stoiska z przeroznymi czesciami najdziwniejszych niezywych zwierzat, jak kolce jezozwierza, skory krokodyla, zasuszone glowy miniaturowych malpek i mase innych, ciezszych do zidentyfikowania. A uliczka czy dwie dalej oferuje bardziej nowoczesne towary, jak ciemne okulary, plastikowe wiadra z napisem 'I love Africa', zegarki, telefony komorkowe czy cazki do paznokci. W rzeczywistosci wiekszosc zakurzonych uliczek w centrum miasta wydaje sie pasmem niekonczacego sie targu, gdzie mozna kupic doslownie wszystko czego sie potrzebuje i wszystko czego nie potrzebuje.
Wsrod bogactwa tej roznorodnosci mam poczatkowo maly problem ze znalezieniem czegos konkretniejszego do zjedzenia, pomijajac wysmienita papaje. Nie brak tu ulicznych stoisk z jedzeniem, ale wiekszosc oferuje ryz z sosem z orzeszkow ziemnych, ktory bylby rewelacyjny, gdyby nie plywaly w nim kawalki miesa. Na smazone rybie glowy tez sie nie skusze. Ale w koncu trafiam na stoisko z gotowana fasolka. Oraz pysznymi smazonymi platanami, czyli slodkimi bananami.


22 styczen
Znajduje w centrum w miare dobry, w miare szybki i tani internet, wiec spedzam czesc dnia nadrabiajac internetowe zaleglosci oraz tworzac na stronie kolejne albumy ze zdjeciami, jeszcze z Mauretanii oraz przejazdu przez Senegal.
Wieczorem Kati jest zbyt zmeczona, ale Rebeka proponuje wybranie sie do jednego z klubow, gdzie mozna posluchac na zywo malijskiej muzyki, z czego znane jest Bamako. Uslyszala, ze w 'Hipodromie'. Wedrujemy wiec do centrum, gdzie znajdujemy miejscowy busik, czyli vanik bez drzwi z metalowymi laweczkami wokol, ktorego naganiacz krzyczy 'Hipodrom'. Wsiadamy i jedziemy wzdluz coraz ciemniejszych uliczek. Po dluzszej chwili orientujemy sie, ze wiekszosc pasazerow juz wysiadla, a naganiacz pyta nas: "To gdzie w Hipodromie chcialyscie wysiasc?" Okazuje sie, ze Hipodrom to nie nazwa konkretnego klubu, a calej dzielnicy, ktora dawno przejechalysmy, a vanik sunie dalej nieasfaltowanymi coraz to bardziej wyboistymi uliczkami w coraz to ciemniejsze przedmiescia.
- Bedziecie wracac do centrum?
- Nie. Tu konczymy trase.
No to ladnie... Wysiadamy nie majac pojecia gdzie sie znajdujemy ani jak trafic z powrotem. Ale nie jest tak zle. Mezczyzna na rogu mowi, ze tylko taksowka, jesli jakas znajdziemy. A kiedy widzi, ze na taksowke nie mamy ochoty, prowadzi nas kawalek, gdzie kilka osob oczekuje w ciemnosci na inny vanik z powrotem do centrum. W blaszanym pudle busika przygladam sie z podziwem pieknej czarnej kobiecie w niesamowitej, ciezkiej do opisania szacie, a ona usmiecha sie rownie intensywnie przygladajac sie nam. Coz, nie mamy szczescia jesli chodzi o muzyczna scene Bamako, ale nocne wycieczki przedmiesciami tez bywaja ciekawe. Jest przyjemnie cieplo, uliczny zegar pokazuje polnoc, a termometr 29 stopni.

23 styczen
Rebeka wybiera sie stad przez Niger i jesli uda jej sie zdobyc wize, przez Algerie do Europy. Kati ma jeszcze jakies trzy tygodnie zanim poleci do domu, do Nowego Jorku i Ekwadoru. Wpatrujac sie wczoraj w mapy i przewodniki, wymyslilysmy, ze mozemy pojechac wszystkie razem do Timbuktu i przez Mali kawaleczek wglab Nigeru skad Rebeka odbilaby na polnoc, a my z Kati zataczajac kolko, przez Burkine Faso, wrocilybysmy do Bamako, skad ona polecialaby do domu, a ja dalej w moja droge. Wszsytko brzmi ciekawie i ladnie na mapie. Jednak powodzenie tego planu zalezy od tego, czy uda nam sie dostac odpowiednie wizy. Chodza sluchy, ze jest podobno dostepna jedna wiza do pieciu krajow: Nigeru, Burkiny Faso, Beninu, Togo i Wybrzeza Kosci Sloniowej. To byloby idealne i rozwiazywalo problem plus dalo mi wstep do kolejnych krajow.
Wybieramy sie z rana na wedrowke przez miasto do ambasady Burkiny Faso. Kiedy po dokladnym spisaniu szczegolow z naszych paszportow urzednik wpuszcza nas do przestronnego wnetrza, kobieta za szybka nie bardzo wie o co nam chodzi i mowi, ze takiej wizy tu nie daja. Postanawiamy sie rozdzielic i sprobowac dowiedziec - Rebeka w ambasadzie Francji, ktora reprezentuje tez Togo, a Kati i ja w ambasadzie Wybrzeza Kosci Sloniowej, ktora wedlug mojej mapy jest tuz nieopodal. Nie mozemy jednak jakos na nia trafic i kiedy pytamy kolejnych osob, pokazuja sredniookreslonym gestem w dal prosto przed siebie. Wedrujemy wiec wsrod pylu i spalin aut i skuterow, balansujac tak aby nie wpasc w plynacy wzdluz drogi otwarty sciek. Srednio przyjemny spacer, do tego w prazacym sloncu. Kiedy znajdujemy w koncu ambasade, w jednej z niepozornych nieasfaltowanych uliczek, mowia nam aby usiasc i poczekac, co robimy z przyjemnoscia pod zadaszeniem przed budynkiem. Po jakiejs godzinie zainteresowuje sie nami urzednik i lamanym angielskim wyjasnia, ze owszem, wiza do pieciu krajow jest dostepna, ale nie w tym momencie, poniewaz wlasnie skonczyly im sie wizowe znaczki.
- A kiedy bedziecie mieli nowe?
- Zadzwoncie jutro rano. Zobaczymy.

24 styczen
Wizy potrafia stac sie koszmarem podrozy. Dzwonimy rano dwa razy do goscia z ambasady Wybrzeza Kosci Sloniowej, ale mowia, ze jeszcze nie przyszedl. Wybieramy sie raz jeszcze do ambasady francuskiej, moze cos nam tam powiedza. Ale okazuje sie, ze ciezko zdobyc wiarygodna informacje. Od dwoch roznych osob dowiadujemy sie, ze: owszem, wiza do pieciu krajow istnieje, ale zajmuje trzy tygodnie aby ja dostac. Oraz ze owszem, kiedys istniala, ale juz ja zniesli. Probujemy z Kati ostatniej szansy - z powrotem dlugi spacer wzdluz zatloczonych ulic i otwartych sciekow - do wczorajszej ambasady, moze gosc juz przybyl i moze maja znaczki. No wlasnie... moze... Znowu odczekawszy swoje siedzac pod daszkiem, slyszymy w koncu:
- Przyjdzcie w piatek. Moze beda znaczki.
Dajemy za wygrana. Kati dowiaduje sie na internecie, ze mozna podobno otrzymac wize Nigeru oraz Burkiny Faso bezposrednio na granicy, choc kazda z nich oddzielnie jest drozsza niz wszystkie piec razem - okolo 40 Euro. Kati rezerwuje wiec bilet samolotowy do Nowego Jorku z Wagaduga, stolicy Burkiny Faso. Ja... nie wiem jeszcze co zrobie. W kazdym razie postanawiamy ruszyc jutro z samego rana - poki co w strone Timbuktu.

Napisz komentarz (8 Komentarze)
Bamako Drukuj E-mail
poniedziałek, 23 styczeń 2006

przez Senegal do MaliPrzejechawszy przez Senegal, wzdluz rzeki przy mauretanskiej granicy, dotarlysmy do Mali. NIektorzy miejscowi patrzyli z lekkim zdziwieniem na trzy biale dziewczyny lapiace stopa, ale wbrew temu, co wszyscy zawsze mowia, tu rowniez stop dziala, tak jak i wszedzie indziej, tyle ze droga dluga i powolna i dotarlysmy do Bamako zneczone i pokryte gruba warstwa pomaranczowego kurzu. Dotarlysmy tu dokladnie w czasie odbywajacego sie wlasnie swiatowego forum socjalnego oraz festiwalu afrykanskiego reagge.
Zrobilo sie w koncu prawdziwie tropikalnie. Wczoraj uliczny termometr pokazywal 30 stopni o polnocy. Rosna dojrzewajace wlasnie manga, a kolorowo poubierane kobiety, przewaznie z nieodlacznym niemowleciem w chuscie na plecach, sprzedaja przy drodze schlodzone kawalki swiezej papai oraz tysiace innych rzeczy.
Odpoczywamy tu troche, dowiadujemy o kolejne wizy i... zobaczymy co dalej.
A poki co zapraszam do swiezo dodanych kilku albumow - jeszcze z Mauretani oraz jeden z przejazdu przez Senegal.

Napisz komentarz (5 Komentarze)