Strona główna arrow Moja Afryka arrow Maroko
na nowym kontynencie Drukuj E-mail
wtorek, 01 listopad 2005

Wczoraj w Gibraltarze wypytywalam czy jakis jacht wybiera sie moze w strone Maroka. Ale niestety, jachtow bylo sporo, ale wiekszosc zegluje w strone wysp Kanaryjskich lub na druga strone Atlantyku. Ale milo bylo zobaczyc, ze nie jestem sama. Spotkalam Francuzke z dwoma chlopakami szukajacymi okazji do Ameryki Poludniowej.

Afryka na horyzoncie
A ja po poludniu wyladowalam na szybkim promie do Ceuty i po 40 minutach postawilam pierwsze kroki na afrykanskim kontynencie, chociaz Ceuta nalezy do Hiszpanii. Troche dalej, na marokanskiej granicy odkrylam co to znaczy wjezdzac do muzulmanskiego kraju podczas Ramadanu. Zachodzilo akurat slonce, wiec caly ruch graniczny ustal, podczas kiedy celnicy udali sie na wieczorny posilek po dlugim dniu poszczenia.

 

 


Pierwsza noc w Maroku spedzilam w miescie Tetouan. A dzisiejszy dzien wedrujac waskimi uliczkami mediny Tetouanu. Teraz, wieczorem, dotarlam do mniejszego, bardzo urokliwego miasteczka Chefchuauen.

Tetouan

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Napisz komentarz (14 Komentarze)
Chefchaouen Drukuj E-mail
czwartek, 03 listopad 2005

Szukajac noclegu tu w Chefchaouen, trafilam przypadkiem na przyjazne, swiezo otwarte miejsce - Harmony Hotel. Poniewaz dopiero co dostali licensje i jestem na razie jedynym gosciem, dostalam dobra cene. Na tarasie na dachu, skad rozposciera sie super widok na miasto i okoliczne gory, rodzina trzyma garstke kur. Kazdy zakamarek starej czesci miasta, z bialo-niebieskimi domami wyglada jak wyjety w pocztowki.

wyrabiajac marokanski chleb

Wieczorami popijam mietowa herbate ze swiezych lisci z Abdeslamem, wlascicielem; a dzisiaj robilam marokanski chleb z jego matka. Tu wiekszosc ludzi robi wlasny cheb w ksztalcie plaskich, okraglych plackow - i zanosza je do najblizszego wlasciciela pieca do upieczenia.

i wypiekajanie

Dzis jest ostatni dzien Ramadanu, a jutro... Wyruszam z Abdaslamem na pare dni do jego malej wioski w gorach. Nie ma tam elektrycznosci; nie wspominajac o internecie; wiec moge byc przez chwile niedostepna...

Napisz komentarz (16 Komentarze)
z wioski do cywilizacji Drukuj E-mail
¶roda, 09 listopad 2005

droga do wioski

Po paru dniach w niewielkiej, odleglej, gorskiej wiosce w polnocnym Maroku wrocilam z powrotem do cywilizacji. Wczoraj dotarlam do Meknes. Opisuje wszystko ze szczegolami w pamietniku, ale poki co nie jestem w stanie wklepac tego w komputer. Wiec na razie - tylko zdjecia - w swiezo dodanym do galerii albumie.

Napisz komentarz (10 Komentarze)
jeden dzien z pamietnika Drukuj E-mail
niedziela, 13 listopad 2005

 

jedna z waskich uliczek mediny Fezu

Spedzam jeszcze poranek w Meknes i kolo poludnia zabieram plecak z hoteliku, wedruj na dworzec autobusowy i biore autobus do polozonego o jakas godzine drogi Fez. Skontaktowalam sie wczesniej z dwoma tutejszymi czlonkami Hospitality Club, ktorzy mnie zapraszali. Probuje teraz do nich z dworca zadzwonic, ale zaden nie odpowiada, a nie umowilismy sie na konkretny dzien, bo nie wiedzialam, kiedy wroce z wioski. Coz, sprobuje jeszcze pozniej przez internet, a poki co musze sama znalezc jakis nocleg.

Tuz za glowna - Niebieska Brama (ozdobiona misternymi mozaikami) skupia sie garstka tanich hotelikow. Choc tutejsze 'tanie' sa drozsze niz te w Meknes. 50 - 60 dirham (5 - 6 Euro) i zaden nie chce slyszec i nizszej cenie. Zaczepia mnie jednak mlody chlopak i mowi, ze zaprowadzi mnie do tanszego, Podazam wiec za nim tlocznymi, waskimi uliczkami mediny. Skreca po chwili w coraz to wezsze i ciemniejsze, gdzie budynki przeciwleglych stron uliczki podtrzymywane sa wsunietymi pomiedzy nie grubymi palami drewna, aby sie nie zetknely przechylajac sie za bardzo. Jakos nie wyglada mi na to, aby mial tu znajdowac sie hotelik, ale chlopak daje mi znac, aby sie nie obawiala, a drugi, ktory niepostrzezenie do niego dolaczyl - potwierdza. Teraz dopiero powinnam zaczac sie obawiac, ale zabrnelam juz za daleko. Przechodzimy jakimis niskimi, ciemnymi przejsciami, gdzie trzeba schylic glowe i w koncu stajemy przed drzwiami budynku, bynajmniej nie wygladajacego na hotel. Ale jakos nie czuje obawy. Poki co w Maroku zawsze czulam sie bezpiecznie. Otwiera starszy pan w dlugiej zoltej dzelabie i z usmiechem zaprasza na kwadratowy dziedziniec domu. Pojawia sie tez jego zona w chuscie, a modnie ubrany chlopak z postawionymi na zel wlosami, ktory po drodze dolaczyl okazuje sie byc ich synem. Okazuje sie tez, ze maja pare pokoi, ktore wynajmuja turystom. Najpierw prowadza mnie do swojego najlepszego, przestronnego, z wiekim, elegancko poslanym lozkiem i rzucaja cene taka jak hoteliki. I tak juz jest lepiej, bo w hoteliko roznie bywa - raczej czesciej niz rzadziej dostanie sie odrapana klitke. Mowie jednak delikatnie, ze szukam czegos tanszego. Mowiacy po francusku oraz troche po angielsku syn zapewnia, ze nie ma zadnego problemum na pewno sie dogadamy. Najpierw musze jednak zobaczyc widok z dachu oraz napic sie herbaty. Widok, rzeczywiscie, jest imponujacy, na medine i okoliczne wzgorza. Mietowa herbata ze swiezych lisci zwyczajowo super slodka. A cena - przestaje miec znaczenie. Jesli stac mnie na 30 dirham, w mniejszym pokoju i wlasnym spiworze - to w porzadku.

Rozlokowuje sie wiec w pokoiku i... zanurzam wszystkimi zmyslami w sredniowieczna medine. Podobno Fez ma okolo 9 tysiecy uliczek i alejek. Nie ma mozliwosci sie tu nie zgubic. Ale to wlasnie lubie najbardziej, gubic i odnajdowac sie w magicznym labiryncie, odkrywajac za kazdym rogiem cos nowego. W niektorych uliczkach pelno sklepikow z marokanskim rekodzielek, bizuteria, lampionami, pamiatkami dla turystow. Nie brak oczywiscie dywanow i kilimow. Ale dalej przechodze przez uliczki tematyczne, juz bardziej dla miejscowych mieszkancow. Uliczki z ziolami i aromatycznymi przyprawami, z daktylami kilkunastu rodzajow, ze sklepikami miesnymi, czesto dosc przerazajacymi - przed jednym napotykam wiszaca na haku samotna glowe wielblada. Z sierscia, oczami, ciagle po wielbladziemu tajemniczo usmiechnieta. Uliczki z dzelabami stanowia milszy widok dla oczu. W wielu mniejszych brama prowadzi do kwadratowego placu otoczonego specjalizujacymi sie w jednej rzeczy sklepikami. Taki placyk zwany jest soukiem. Sa souki z bizuteria, z butami, z miodem, z wyrobami ze skory. Skora wlasnie jest miejscowa specjalnoscia.

Przylacza sie do mnie kolejny mlody chlopak mowiac, ze cos mi pokaze, zapewniajac ze nie chce pieniedzy. Chce tylko sie zapryzjaznic, pocwiczyc angielski. Prowadzi mnie do slynnego miejsca, gdzie w glinianych kadziach w ziemi barwione sa zwierzece skory. Niestety teraz, poznym popoludniem juz nic sie nie dzieje, a unoszacy sie stamtad odor nie pozwala oddychac. Ciezko pozbyc sie teraz mojego nowego 'przyjaciela', a wolalabym sie pozegnac, bo mam niemile przeczucia. Zegnam sie jednak definitywnie, kiedy po chwili namawia mnie wprost, abym 'sprobowala Marokanczyka'. No bo jak to - bedac w Maroku nawet nie sprobuje? A zapewnia mnie, ze lepsi sa od Europejczykow. Po tonie mojego glosu orientuje sie jednak szybko, ze nic z tego i zaraz sie ulatnia. Postanawiam nie dawac sie juz nikomu nigdzie prowadzic, co nie jest tu latwe, bo co chwile slysze 'Bon jour, madame' i propozycje pokazania mi czegos niezwyklego. Nie uginam sie jednak i wedruje sama, przystajac przed meczetami, ozdobnymi bramami, mozajkowatymi kranami z woda.

Kiedy zagladam do jednego z kwadratowych dziedzincow, kulturalniej wygladajacy mlody czlowiek zaczyna wyjasniac mi, ze w zeszlych wiekach byl to hotel. Na gorze byly pokoje dla gosci, na dole stajnie dla ich wielbladow. Teraz na dole sa sklepiki, a na gorze przerozne miniaturowe warsztaciki, glownie wyrobow skorzanych - szpiczastych muzulmanskich klapkow do wizyt w meczecie, damskich torebek, portmonetek, itd. Zagladamy do kilku i wszedzie jestem milo pozdrawiana. W koncu gosc zaprasza mnie do swojego sklepiku na rogu, ktory miesci sie w tradycyjnym berberskim domu. Sklepik z berberskimi dywanami. Nie zraza sie, kiedy uczciwie mowie mu z gory, ze dywanu, ani nawet malego kilimu od niego nie kupie. Mowi, ze mozemy przeciez napic sie herbaty. Podczas kiedy sacze syropiasto slodki jak zwykle mietowy napar, mezczyzna rozwija przede mna coraz to bardziej niesamowite sztuki dywanow oraz berberskie historie. Pokazuje mi potem albumik ze zdjeciami z Maroka. Mowi, ze pochodzi z okolic pustyni. Kiedy zwierzam mu sie, ze marze byc moze o kupieniu wielblada i powedrowaniu z nim przez jakis czas, mowi od razu:
- Chcesz kupic wielblada? Sprzedam ci wielblada.
- Jak to sprzedasz mi wielblada? Naprawde masz wielblada?! - pytam z niedowierzaniem.
- Ladnego. Takiego koloru - pokazuje na odcien szorstkiego dywanu z wielbladziej siersci. - A nie wolisz wielbladziego dywanu? To znacznie bardziej praktyczne.
Coz, gdyby to byl latajacy dywan, nawet bym sie nie zastanawiala. Ale ze raczej nie jest, wole zywego wielblada. Mowi, zebym przyszla jutro. Ma przyjaciela, ktory ma wielblada. Rowniez jego rodzina w Merzouga, na skraju pustyni.

Napisz komentarz (31 Komentarze)
autostopem w Maroku Drukuj E-mail
czwartek, 17 listopad 2005

Przejechalam stopem cala droge z Polski az na poludniowy koniuszek Hiszpanii. Promem przedsostalam sie na afrykanski kontynent, a tam... wszyscy zszokowani moim pomyslem jazdy stopem zaczeli ostrzegac mnie jakie to niebezpieczne. Pierwszy raz jestem w Afryce, wiec na poczatku jeszcze nie wiedzac czego sie spodziewac korzystalam jak wszyscy z lokalnych autobusow. Ale teraz, widzac jak przyjazni sa tu ludzie i jak bezpiecznie czuje sie w Maroku, postanowilam sprobowac. Poniewaz wierze, ze ludzie sa z natury dobrzy.
Wiec przedwczoraj w Fez, Said - moj mlody host z Hospitality Club odprowadzil mnie na droge nie dowierzajac, ze naprawde chce to zrobic. Ze 'wzgledow bezpieczenstwa' chcial poczekac az zlapie pierwszego stopa. A pierwszy stop okazal sie wozem konnym. Kiedy zatrzymal sie na poboczu, Said tez poczul ducha autostopowej przygody i wsiadl ze mna. W tym momencie chcial jechac ze mna przez reszte kontynentu. Ale pozwolilam mu przylaczyc sie tylko na ten pierwszy afrykanski autostopowy dzien. A dzien byl piekny i droga wiodla przez coraz to bardziej niesamowite krajobrazy. Jedna rzecz, ktorej nie spodziewalam sie zobaczyc w Afryce, to snieg! I kiedy pewnie nie zaczal nawet padac jeszcze w Polsce, tutaj nagle przejechalismy przez cale masy sniegu. OK, co prawda na wysokosciach ponad 2000 metrow, ale i tak wydawalo sie to nierealne. Wkrotce po przejechaniu pokrytych sniegiem gor, kolory pustynnego krajobrazu skapanego w zachodzacym sloncu zmienily sie na dramatycznie czerwone. A jednoczesnie wschodzil ksiezyc w pelni.
Wlasnie stworzylam album z kilkoma zdjeciami z pierwszych dwoch autostopowych dni.

snieg z Afryce!

Napisz komentarz (10 Komentarze)
tydzien z berberska rodzinka Drukuj E-mail
wtorek, 22 listopad 2005

rodzinny posiłek 

Przez tydzien zatrzymalam sie w mialym miasteczku Rich, z rodzina mojego hosta z Hospitality Club. To tradycyjna berberska rodzina, gdzie mialam okazje doswiadczyc i posmakowac troche z ich sposobu zycia. Jest ich siedmioro braci i siostr w rodzinie, i z przyjrmnoscia spedzalam wiekszosc czasu z siostrami, uczac sie od nich jak przygotowac pyszne warzywne tagine, obserwujac jak matka wyrabia swiezy chleb dwa razy dziennie, jadajac z cala rodzina zgromadzona wokol jednego wielkiego naczynia. Albo jadajac tylko z kobietami, kiedy jakis mezczyzna byl w odwiedzinach. Odwiedzalismy targi z rana, ciotki i sasiadow wieczorami, a do poznej nocy prowadzilismy zywe dyskusje wymieniajac poglady na zycie... Duzo moglabym opisac, ale poki co - zamieszczam w galerii album z najswiezszymi zdjeciami.

 

Napisz komentarz (5 Komentarze)
przepis na tajine Drukuj E-mail
sobota, 26 listopad 2005

Na prosbe Eli - szybki przepis na warzywne tajine - znajdziecie w ponizszej kartce z pamietnika:

17 listopad 2005tajine
Rodzinka spozywa wspolne posilki w prawdziwie marokanskim-berberskim tradycyjnym stylu. Tzn. zgromadzona wokol wielkiej wspolnej miski na niskim stole. Nie moga pojac jak to mozna w ogole nie jesc zwierzecych produktow, ale to respektuja. Nezha przygotowuje dla mnie tadzine tylko z warzyw, w oddzielnym naczyniu. Maja tu piekne, gliniane naczynia do tej tradycyjnej potrawy. Uklada sie warstwami pokrojone w plastry dowolne warzywa, zalewa olejem i odrobina wody, lekko przyprawia, przykrywa szpiczasta pokrywa i potrawa sama sie gotuje. Rodzinka oczywiscie je tajine miesne, rowniez z duza iloscia warzywnego sosu. Je sie nabierajac warzywa reka i kawalkiem odlamywanego placka chleba - tez pieczonego codziennie w domu. Widac, ze mieso jest tu czyms waznym, uwazanym chyba za najwazniejsza czesc posilku, bo podczas kiedy wszyscy jedza do woli sos i warzywa, donoszone i dolewane miseczkami do wspolnej misy, mieso zostawiane jest na koniec, kiedy to matka rwie je na kawaleczki i dzieli na tyle kupek ile czlonkow rodziny, i kazdy dostaje swoja porcyjke. Na sam koniec trafiaja na stol owoce. 


Fatima i Nezha chca wybrac sie ze mna na internet, tym bardziej, ze obiecalam im pomoc zalozyc wlasne konta emailowe. Jest dzien, popoludnie, wiec moze teraz mozemy? Mama w tym momencie gdzies wyszla, wiec musza zapytac o pozwolenie najstarszego brata. Ten jednak mowi, ze internet owszem, ale nie w kawiarence. Mozemy wybrac sie do wujka, ktory ma internet w domu. Mieszka na drugim koncu miasteczka, ale nie ma sprawy, dziewczyny przywdziewaja dzelaby i wedrujemy do domu wujka. Tam tez przyjaznie wita mnie cala rodzinka, z dwojka malych dzieci. I cala rodzinka skupia sie wokol nas, kiedy dzialamy na internecie. Pokazuje im moja strone, strone Hospitality Club, oraz zakladam dziewczynom konta mailowe na francuskim yahoo. Maja tu calkiem niezle polaczenie, na komputerze zainstalowanego yahoo messengera oraz skypa. A kiedy dzwoni Chopin, mowia abym koniecznie skorzystala z web kamerki. Tak tez robie i Chopin po raz pierwszy od momentu mojego wyjazdu ma okazje mnie zobaczyc. Nie tylko tez mnie, ale cala skupiona wokol rodzinke, kobiety w chustach i dzelabach oraz rozbrykane dzieci. Wracamy juz po zmroku, wiec rodzina wyslala jednego z braci, aby po nas przyszedl, aby siostry nie musialy same isc po ciemku przez miasteczko.

Napisz komentarz (3 Komentarze)
znad skraju pustyni Drukuj E-mail
sobota, 26 listopad 2005

 

Szybki wypad do miasteczka znad skraju pustyni. Pustyni, gdzie otaczaja mnie mistyczne krajobrazy oraz marzenia... o bialym wielbladzie...
Zdjecia oraz wiecej wkrotce...

Napisz komentarz (8 Komentarze)
marzenia o bialym wielbladzie Drukuj E-mail
sobota, 03 grudzień 2005

Przybywszy na skraj marokanskiej pustynii zatrzymalam sie w kolorowym berberskim namiocie przy jednym z hotelikow w stylu piaskowych zamkow u stop ogromnej, magicznej wydmy. Wydma rozciaga sie przez wiele kilometrow i zmienia kolor w zakeznosci od swiatla i pory dnia.
A wsrod tego pustynnego pejzazu - wielblady! Wsrod stadka zwyklych, brazowych, zobaczylam jednego, przepieknie bialego wielblada. Od dawna marzylam o powedrowaniu przez chwile z wlasnym wielbladem. A teraz - ten bialy wielblad... Moze to jest ten czas i miejsce...jeden z bialych wielbladow
Porozgladalam sie dookola. Okazuje sie, ze kupienie wielblada nie jest problemem. Kazdy sprzeda ci wielblada. Nie tanio. Drozej niz moj stary zolty van. Ale stwierdzilam, ze ceny za spelnienie marzenia nie da sie tak naprawde zmierzyc iloscia Euro czy dirhamow. Poza tym - mialam nadzieje powedrowac z wielbladem do Zagory i tam go sprzedac - nawet jesli nie za taka sama cene. Wedlug roznych zrodel zajeloby mi to pomiedzy 8 a 14 dni drogi przez pustynie - z Merzouga do Zagora. Nie przez pustynie z samych piaskowych wydm, ale pustynie z roznych krajobrazow, z kilkomka niewielkimi osadami oraz namiotami nomadow po drodze. Kilkoro miejscowych ludzi powiedzialo, ze byc moze mi sie uda, choc wiekszosc byla sceptyczna: sama z wielbladem - niemozliwe!
Ja jednak chcialam sprobowac. Wiec w towarzystwie berberskiego nomada przewedrowalam cala okolice spotykajac sie z ludzmi, popijajac slodka herbate, ogladajac biale wielblady, negocjujac cene palcem na piasku zbocza wydmy. Kiedy w koncu dogadalam sie co do wielblada i ceny, pojechalam do bankomatu w miasteczku i z powrotem, aby dostac pierwsze instrukcje obslugi wielblada - okazalo sie, kiedy go dosiadlam, ze.... wielblad za nic w swiecie nie bedzie szedl nie prowadzony przez kogos na sznurku.
- Wielblad to nie kon. Ani samochod. Nie skreca w prawo czy lewo na zadanie. - smieli sie ze mnie.
- Ale jak w takim razie mam pojechac na wielbladzie do Zagory?
- Potrzebujesz przewodnika.
pustynne wedrowki

Ale ja nie chce przewodnika. Z przewodnikiem moge wykupic sobie jeden z tych turystycznych, krotszych lub dluzszych spacerow po pustynii, nie potrzebowalabym kupowac po to wlasnego wielblada. Okazuje sie, ze zaden z okolicznych wielbladow nie jest w ten sposob wytrenowany. Mowia, ze musialabym kupic albo wojskowego wielblada (te trenowane sa zupelnie inaczej), albo jednego z Saudi Arabskich wyscigowcyh wielbladow - te nie musza byc prowadzone na sznurku.
WIec poki co - moje marzenie o bialym wielbladzie pozostaje nadal tylko marzeniem. A kto wie - moze gdzies kiedys spotkam jeszcze wielblada, ktory powedruje ze mna - bez przewodnika...

Napisz komentarz (9 Komentarze)
z moimi berberskimi rodzinami Drukuj E-mail
wtorek, 06 grudzień 2005

 tu nie maja zabawek - ale sa pomyslowi  W nowym albumie - kilka ujec z zycia moich dwoch berberskich rodzin - do jednej i do drugiej trafilam zupelnie niespodziewanie, po prostu jadac stopem i dzieki temu zatrzymujac sie w miejscach, gdzie normalnie turysci sie nie zatrzymuja, bo wioska nie jest ani ladna, ani szczegolnie ciekawa, ale... mieszkaja tam piekni ludzie. Ludzie, ktorzy spontanicznie zaprosili mnie do siebie i natychmiast uczynili czlonkiem swojej licznej rodziny. Opisuje wszystko ze szczegolami w pamietniku, ale poki co tylko pare zdjec...

Napisz komentarz (7 Komentarze)
nie pedz jak Ferrari Drukuj E-mail
czwartek, 08 grudzień 2005


kolejna herbata w sklepiku z dywanami- Nie, naprawde, dzieki. Ale musze isc... - probowalam uniknac kolejnego zaproszenia na herbate do sklepiku z dywanami.
- Hej - nie pedz jak Ferrari. Jest ranek. Bez pospiechu. Europejczycy zawsze pedza. Za szybko...
- OK. Ale wiesz, ze dywanu nie kupuje.
- Kto mowi kupic dywan? Po prostu wypic herbate. Popatrzec. Dla radosci twoich oczu.
Tak zaczyna sie typowa niespieszna ceremonia parzenia i nalewania herbaty, plus czasem naprawde ciekawa rozmowa, innym razem delikatna proba unikniecia opuszczenia skepiku z dywanem lub zamienienia calej zawartosci plecaka na nomadzkie amulety.

W kazdym razie - nie pedze jak Ferrari. W samym Maroku spedze w sumie dwa miesiace - bo przylatuja odwiedzic mnie na swieta w Marakeszu Grace z Tajwanu oraz Asia z Holandii. Maroko jest piekne. Do tego latwe i bezpieczne do podrozowania. A w kazdym miasteczku jest w miare tani dostep do internetu - wiec dodalam wlasnie pare nowych zdjec do galerii.

Napisz komentarz (6 Komentarze)
vamos a la playa Drukuj E-mail
niedziela, 11 grudzień 2005


vamos a la playa...
"vamos a la playa 
vamos a la playa
a que playa?
aqui solo arena
aqui solo arena
y etrellas..."

Po polsku to juz tak nie brzmi, ale dla tych, ktorzy nie znaja hiszpanskiego, znaczy to:

"idziemy na plaze
idziemy na plaze
na jaka plaze?
tutaj tylko piasek
tutaj tylko piasek
i gwiazdy..."

A teraz wyobrazcie sobie to spiewane do rytmu afrykanskich bebnow przez marokanskich nomadow na pustynii tuz za zakurzona wioska na koncu dlugiej drogi przez Doline Draa... (fotki w nowym albumie)

A dzisiaj odwiedzil mnie tu jeden Polak, Marcin, ktory napisal mi wczoraj w mailu: "taaak  jaaade  to przeciez moj cel podrozy na pustynie  spotkac beduinke bez wielblada" :)

Napisz komentarz (9 Komentarze)
po pustynii Drukuj E-mail
niedziela, 18 grudzień 2005

Juz po pustynii i w Marakeszu, po ktorym wedruje gubiac sie w masie egzotycznych ksztaltow, zapachow, dzwiekow i kolorow. Co za zmiana po prostocie i cieszy pustynnych przestrzeni. Tutaj wlasnie poznalam Kati - Irlandzka Amerykanke, a tak naprawde obywatelke Swiata, artystke, autostopowiczke, rowniez 'free spirit', ktora wkrotce zmierza w tym samym co ja kierunku. Pjechalysmy razem stopem do Casablanki i z powrotem, skad wrocilam z mauretanska wiza w paszporcie.
A dzis wieczorem - odbieram z lotniska Grace, moja najlepsza tajwanska przyjaciolke, ktora przylatuje na kilka dni.

Napisz komentarz (7 Komentarze)
cztery dni z Grace i Kati Drukuj E-mail
sobota, 24 grudzień 2005

- Zobacz - mowie pokazujac Grace mape Maroka - mozemy pojechac nad morze, mozemy w gory, albo jedno i drugie, albo zostac sobie w Marakeszu...
- A mozemy na pustynie? Zobaczyc te wydmy i te wielblady?
Z pustyni dopiero wrocilam. Poza tym jak na cztery dni, dotrzec na pustynie i wrocic z powrotem, to troche intensywna wyprawa. Ale obiecalam Grace, ze jak przyjedzie, to wszystko co tylko zechce...
- Mozemy na pustynie.
Dolaczyla tez do nas Kati i wyruszylysmy. Stopem, bez bagazu, w kierunku najwiekszych marokanskich wydm, tam gdzie szukalam bialego wielblada. Nowy album opowie historie tej czterodniowej wyprawy.

Wczoraj pozegnalam juz Grace na lotnisku w Marakeszu i tego samego popoludnia odebralam z lotniska w Casablance Asie i Izabele. Swieta, Wigilia... tu jakos nie czuje sie tego, choc to nie ma znaczenia, bo dla mnie kazdy dzien tutaj jest swietem. Zycze wszystkim najwspanialszych...

w strone pustyni

Napisz komentarz (9 Komentarze)
z Asia i Izabela Drukuj E-mail
¶roda, 28 grudzień 2005


 Zapraszam do dwoch nowych albumow w galerii na stronce - jeden z wypadu w gory z Asia i Izabela, drugi z paroma scenkami z Marakeszu. Jutro juz opuszczam w koncu to miasto - jedziemy razem w strone morza oraz pustyni, tym razem tej prawdziwej, nieturystycznej, pustyni Sahary Zachodniej...

z Asia w Marakeszu

Napisz komentarz (11 Komentarze)
Nowy Rok Drukuj E-mail
poniedziałek, 02 styczeń 2006

och, te biale wielblady...

W malutkiej miejscowosci, plazy TanTan, w miejscu gdzie Sahara spotyka sie z oceanem, spedzilysmy ostatni i pierwszy dzien roku. Teraz przed chwila pozegnalam Asie i Izabele, wspominajac chwile w Marakeszu, gorach, nad oceanem i w drodze. One suna do Casablanki na samolot powrotny do Europy. A Kati i ja - przez Sahare Zachodnia do Mauretanii. Zyczymy wszystkim najwspanialszego roku!

Napisz komentarz (10 Komentarze)