|
|
|
na wielbladzie do nieba |
|
|
|
wtorek, 27 czerwiec 2006 |
|
To było w Akrze, w Ghanie, po krótkiej ale ciężkiej w przebiegu chorobie, malarii mózgowej, 9 czerwca 2006 Kinga udała się w swoją kolejną, tym razem niekończącą się podróż. Chopin, jej przyjaciel i partner w ich wcześniejszych wędrówkach do ostatniej chwili trwał przy niej. W duchu i modlitwie wspierało ją i nas wielu przyjaciół i tysiące osób które od dawna śledziły jej losy. Słowa nie są w stanie opisać tego co czujemy w związku ze śmiercią Kingi. Dla wielu z nas była inspiracją. Często mówiła o swych marzeniach i miała niesamowitą moc ich spełniania. Kinga znowu podróżuje... I choć trudno w to uwierzyć znowu jest przed nami. Można powiedzieć, że jak zwykle. Do wielu miejsc, w których już była pewnie wielu z nas nigdy nie dotrze. Z całą jednak pewnością tam gdzie teraz wędruje, my dotrzemy prędzej czy później. Dla nas rodziców to wielka pociecha, bo wiemy, że spotkamy kochaną osobę. I nie martwi nas zamiana ról, że będziemy prowadzeni przez córkę. Już teraz jest o milion lat świetlnych bardziej doświadczona od nas wszystkich. Wiemy, że czeka na nas po drugiej stronie i szykuje atrakcyjne trasy. Teraz będzie się z nami komunikować poprzez tysiące małych rzeczy, które będą świecić wspomnieniami o niej. Gdy spojrzymy w niebo i zobaczymy poruszającą się gwiazdkę to może być ona, może zmienia kolejnego stopa... Rodzice Words cannot express what the world has lost with Kinga's death. With great sadness, we received the news that she passed away on June 9, 2006 in Accra, Ghana, due to complications caused by cerebral malaria. She was following her lifelong dream of going to Africa. Chopin, her loving companion of many years and many adventures was by her side. In spirit, their family, friends and every person who had encountered them during years of travel was with them through prayers and support. Even people she had never met showed a lot of support and concern for Kinga. Writing these words feels like a bad dream and referring to her in the past tense seems so wrong. How can a person so full of passion and energy just leave us so quickly? Kinga has moved on to a new journey, she is hitchhiking in the sky now. She will communicate with us through the millions of little things that spark memories of her. As profoundly sad as we are to hear of her death, We remember the bright light that she shined. Kinga was so happy. So alive. She trusted the universe and lived a huge and beautiful life. She was loved by an enormous number of people. Her journey touched many lives; she moved many hearts. She was so peaceful and mesmerized by the beauty everything. Kinga spoke often about dreams and had an amazing capacity to make them come true. She followed her passions around the world. As she travels to heaven, we imagine that she can look at the earth below her with satisfaction that she saw it all. And if every person on Earth that cares about Kinga was a point of light, the entire planet would be lit up. Family and friends. 
Pick a dream and follow it. Keep her memory in your travels. Trust as she trusted. Love as she loved. Dream...
Napisz komentarz (588 Komentarze) |
|
|
Trochę refleksji |
|
|
|
poniedziałek, 03 lipiec 2006 |
|
Czas! Chyba od zawsze o tym wiemy, ma swoje różne wymiary. 33 lata Kingi - krótko, jak oka mgnienie, nie wiedzieć kiedy upłynęły.... Jak w przyspieszonym filmie scenki z życia się pojawiają. To samo nastrojowe wnętrze kościoła św. Mikołaja, te same organy... nasz ślub... tylko inna muzyka grała. Kinga. Tak bardzo czuliśmy jej obecność... teraz jeszcze bardziej niż wtedy. Nasza pierwsza wyprawa autostopem, obóz na wyspie, Kinga w pierwszej klasie, pierwszy obóz z wolontariuszami, wegetariańskie wieczory, wyjazdy, powroty, radość i znów pożegnania ... plecak skrupulatnie spakowany ... wymarzona Afryka! 21 dni odkąd Kinga jest w swojej kolejnej podróży – długo , jakby lata całe upłynęły i tak chciałoby się z nią wreszcie zobaczyć. Wyjątkowa podróż, więc wyjątkowo często Kingi stronę odwiedzamy i choć ona daleko czujemy ją tak blisko. Dziękujemy Wam za to. 7 dni, gdy wraz z wieloma z Was byliśmy w kościele św. Mikołaja i na garnizonowym cmentarzu, tak jakby wczoraj zaledwie. Wciąż czujemy Waszą bliskość i dobrą energię. I znów spełniło się Kingi kolejne marzenie – tylu przyjaciół razem! I też Ci co nie mogli być tego dnia w Gdańsku są z nami. Szczególny dzień pod wieloma względami. Słoneczna pogoda, wyjątkowa atmosfera , łzy mieszają się z radością spotkania.... Jak wyrazić słowami naszą wdzięczność ... A co można powiedzieć o wieczności ? Kolejny wymiar czasu ? A co można powiedzieć o czasie, który się zatrzymał i tak sobie trwa?
Od kilku dni zupełnie nie pojmując, jak to możliwe przebywamy w tych wszystkich wymiarach czasu swoimi emocjami i doznaniami. Wszystkim, którzy byli z nami i są przy nas swoimi dobrymi uczuciami, słowami, gestami, milczeniem, zapatrzeniem i zatrzymaniem i sami jeszcze najlepiej wiecie na jak wiele innych sposobów.... dziękujemy za to pokrzepienie. Wędrowca – pielgrzyma należy pokrzepiać, bo wszyscy nimi jesteśmy ... w tę samą stronę się udajemy.... Po drodze marzenia, plany ... Fundacja - to nasze nowe wyzwanie, bo jak inaczej wyrazić wdzięczność za okazaną nam pomoc... Rodzice Napisz komentarz (115 Komentarze) |
|
|
Podziękowanie... |
|
|
|
piątek, 02 marzec 2007 |
 Kochani,
minęło już tak wiele czasu, aż jest mi głupio, że tak długo czekałem jednak powrót myślami w te najcięższe w moim życiu chwile był i jest jeszcze zbyt ciężki...
Żadne słowa nie są w stanie wyrazić mojej wdzięczności za pomoc jakiej udzieliliście mi i Kindze w tych trudnych chwilach. Bez was - bez przyjaciół choć wirtualnie lecz blisko mimo wszystko, w środku Afryki, czułbym się bardzo ale to bardzo zagubiony. Niech ta opowieść przybliżająca wam, choć nieudolnie, nasz ostatni moment, będzie moim dla Was podziękowaniem.
Pod koniec maja zeszłego roku szykowaliśmy się właśnie do kolejnego kursu w Grabniku gdy doszły mnie wieści o tym, że Kinga leży w szpitalu. Nie wiedziałem jeszcze co się dzieje, ale z niepokojem dzwoniłem do Ghany by dowiedzieć się o jej stan. Malaria - brzmiała diagnoza, jej stan jednak jakby się trochę poprawiał. Następny dzień przyniósł lepsze rokowania, lecz Kinga wciąż nie była dla mnie dostępna nie przez telefon. Joanna, która była przy niej opisała mi jej desperackie próby wydobycia z siebie głosu. Z przystawioną do ucha słuchawką próbowała coś mi powiedzieć... było chyba gorzej niż dzień wcześniej... Dzięki pomocy Filipa i moich przyjaciół z Grabnika, w krótkim czasie udało mi się dotrzeć do Ghany i przytulić do Kingi... jak się miało potem okazać, to były nasze ostatnie w miarę świadome momenty. Z uwagi na jej pogarszający się stan przenieśliśmy Kingę do innego szpitala, gdzie był odział intensywnej opieki medycznej z prawdziwego zdarzenia. Tu jednak mogłem ją widywać tylko na krótkich wizytach... zbyt krótkich... Tu też okazało się, że muszę postarać się o leki, których szpital nie zapewniał. Tak też stałem się lekowym zaopatrzeniowcem. Latałem od apteki do apteki, by znaleźć to co było potrzebne by ją ratować. Nie były to małe ilości leków więc nie zawsze udawało się kupić wszystko w jednej aptece. Wraz z lekami powstały też ogromne potrzeby. Finanse zaczęły się kurczyć. Na Afrykańskiej stronie Kingi poprosiłem o pomoc... Nie liczyłem na jakiś wielki odzew, ale wiedziałem, że razem, razem może nam się udać i Kinga jeszcze nie raz będzie inspirować do rzeczy o których nawet nam się nie śniło... Dzień za dniem, mimo zapewnień i najlepszych życzeń jej opiekunek, stan Kingi nie ulegał zmianie. Stabilność jednak miała wskazywać dobry kierunek. Coraz bardziej wsiąkałem w tutejszy klimat starając się znaleźć jakieś alternatywne rozwiązania, sprowadzić lekarzy na konsultacje... próbowałem robić co tylko mogłem, by pomóc jej powrócić.
W jednym e-mailu od znajomej Filipa - dostałem pytania jakie miałem zadać by móc jakoś dokładniej określić stan w jakim znajduje się Kinga, ewentualne rokowania. Wszyscy chcieliśmy wiedzieć i mieć jak najwięcej informacji, które nie tak łatwo było uzyskać od lekarz ją prowadzącej. Tego dnia, kiedy właśnie miałem się z Panią doktor spotkać i zadać te szczegółowe pytania, ta najmniej oczekiwana wiadomość ... Kindze już nie można pomóc... - jak to? znaczy... ma się lepiej? co się stało? nie rozumiem? możesz powtórzyć? pierwszy raz w życiu poczułem coś takiego. Nawet nie wiem jak to opisać. Ciężar, przygniotło mnie, ból w sercu. Musiałem usiąść. Zaraz potem biegłem na salę. Kinga jeszcze na respiratorze. - No co jest kochanie? przecież ty nie możesz... Kinga? Daj spokój obudź się, proszę... wciąż mokre oczy jak o tym myślę. Telefon właśnie odmówił posłuszeństwa, Polski też nie specjalnie łączy... Pożyczyłem komórkę od pielęgniarki, musiałem, musiałem komuś to przekazać, komukolwiek, powiedzieć. Rozpacz, ale trzeba przecież zachować spokój. Przez głowę zaczynają mi przechodzić wspomnienia z nauk o umieraniu, które jeszcze nie dawno słyszałem od Namse Rinpocze w Grabniku. Kinga niespiesznie, w Afrykańskim tempie, zostaje odłączana od wszelkiej machinerii, która nie była w stanie uratować jej życia. Jej biedne opuchnięte ciało... staram się by pielęgniarki zachowały się jak najbardziej delikatnie. Na zewnątrz Joanna, już wie, do niej chyba też zadzwoniłem. Nasze ostatnie z Kingą momenty, staram się by były jak najbardziej pełne znaczenia. Proszę by nie martwiła się tym co zostawia. Wszystkie sprawy załatwię, po domykam. Opłacę wszystkie długi i wszystkim się zajmę... Spokój i zaufanie teraz najważniejsze, spokój, że nie zostało już nic do zrobienia i zaufanie, że to co nastąpi to kolejna podróż, a przecież podróże to Kingi specjalność. - To co będzie się teraz wydarzać, to nic innego jak twój własny umysł kochanie. Nie ma się czego bać, czym przejmować to co teraz nastąpi to tylko sposób w jaki manifestuje się jego najprawdziwsza natura. Po prostu ją zaakceptuj. Ty przecież najlepiej to potrafisz. Zawsze akceptujesz sytuacje takimi jakie są. Zrób to i teraz. Do głowy przychodzi mi tylko Mani - mantra Wielkiego Współczującego wyrażająca miłość i współczucie wszystkich Buddów. Mam nadzieję, że pomoże ona Kindze pokonać spokojnie tę ostatnią bramę. Wiem też, że w Polsce, w Grabniku Sangje Njenpa Rinpocze - nasz cenny nauczyciel właśnie przeprowadza specjalny rytuał by pomóc Kindze w najlepszy możliwy sposób... Nikt nie zrobiłby więcej, więc jestem spokojny...
Gdy tylko udało się załatwić wszystkie formalne sprawy w otoczeniu przyjaciół z Ghany odwozimy Kingę na cmentarz. Accra to jedyne miejsce w zachodniej Afryce gdzie przeprowadza się kremacje. Tu na dodatek w bliskim naszym sercom stylu - człowiek który wszystko przygotował szkolił się w Indiach. Ubrany w odświętne Afrykańskie wdzianko przez łzy, z melodią malaiki w tle chodząc dookoła podpalam w wielu miejscach kremacyjny stos. To ostatni moment z Kingą. Płomienie strzelają do góry. Staram się robić zdjęcia by rodzina w Polsce choć trochę mogła poczuć tutejszą atmosferę. Po kilku godzinach możemy już odejść. Joanna przygotowała mały poczęstunek. Tu w Afryce pogrzeby kończą się zwyczajowo zabawą. Gramy na bębnach tańczymy. Znam z Polski jeszcze kilka Ghańskich piosenek. Złożone powiązania karmicznej egzystencji nie przestają mnie zadziwiać. Następnego dnia rano zbieramy prochy. Część tylko mieści się do urny. Resztę przyjmuje ocean... Kinga od źródeł dotarła do końca podróży... a może do jej pierwotnego początku...?
Wasz Odzew na moją prośbę o pomoc był ... niesamowity (choć to zbyt ubogie słowo). To właśnie w Ghanie dowiedziałem się jak wielu ludzi podąża wirtualnie śladami Kingi... wasza szczodrość przeszła wszelkie moje oczekiwania. Wiedziałem, już po kilku dniach, że damy radę. Kinga będzie miała to czego potrzebuje by się wyleczyć. Los jednak miał inne plany i mimo naszych najszczerszych chęci, próśb i modlitw Kinga przetarła szlak, którym wszyscy prędzej czy później pójdziemy. Miałem ogromne szczęście móc być przy niej w tych ostatnich chwilach. Miałem ogromne szczęście móc dzielić z nią kawał naszego wspólnego życia. Radości i smutki podróży tej wspólnej i tej z osobna. Każda z części naszej wspólnej wędrówki miała jakieś swoje znaczenie. Jestem Kindze bardzo wdzięczny, że ofiarowała mi swoją miłość, tak mimo wszystko... Mówi się, że ludzie którzy są razem blisko przesiąkają sobą. Kiedy umarła Kinga umarła także jakaś część mnie, lecz za to jakaś część Kingi wciąż żyje... we mnie.
Kochani, z całego serca...
dziękuję
chopin

P.S. resztą zgromadzonych funduszy zarządza teraz Fundacja Freespirit http://www.fundacjafreespirit.pl Napisz komentarz (63 Komentarze) |
|
|
|